To był weekend pierwszych razów! Pierwszy raz na taborze Szałasiska. Pierwszy raz z klubem w terenie. Pierwsza wspinaczka w Tatrach.
Jak było? Mega! Ale po kolei...
Podczas, gdy część osób z klubu już podążała w stronę Mnicha ja jeszcze siedziałem przed komputerem i tylko wyczekiwałem momentu wyjścia z biura. W sumie to niewiele zrobiłem tego dnia, sorry szef...takie były emocje.
Po drodze na Palenicę jeszcze dwa przystanki, żeby zgarnąć Magdę, potem Artura i już pędziliśmy w góry.
Po 4h jazdy (kto normalny jedzie w piątek popołudniu do Zakopca, w nocy robię te trasę zwykle w mniej niż 2,5h) wyszliśmy z plecakami na jeden z najnudniejszych asfaltów w Tatrach, drogę do Morskiego Oka.
Na Szałasiskach zameldowaliśmy się tuż przed 22. Kierowniczka "Kuba" poinformowała, że na noc włączany jest pastuch na misia, bo on też lubi odwiedzać tabor. Fajnie, że nasz namiot jest tuż przy ogrodzeniu na samym końcu polany... Co dla misia taki pastuch, przejdzie, potem mnie zje i nawet nikt się nie zorientuje...
Nie spodziewałem się, że tu na Szałasiskach taka cywilizacja będzie... toytoye, lodówka, kuchenka, woda w krainie, prysznic, piecyk no i Wi-Fi. Na bogato. W namiotach przestronnie, pianka na podłodze, korzonków nikt się nie nabawi, do szczęścia brakowało jedynie kocyka z Gazdówki z Morskiego Oka. Jaki on był cudowny, ale to inna historia. Magda opowie.
Prognozy mówiły jedno, jeśli się wspinać to tylko do południa, bo potem nas zleje. Rano przywitało nas słońce. Wyszliśmy z taboru w 4os składzie pod wodzą Władka (nie Włodka, a broń Boże nie Waldka), który pomimo poważnego wieku, gnał do góry bez zadyszki i nas popędzał.
Jako cel obraliśmy Zadniego Mnicha, jego wysokość nie byle jaka, bo 2172 m, czyli tyle co Szpiglasowy Wierch.
Początkowo podejście szlakiem, potem za skrzyżowaniem na Wrota Chałubińskiego skręcamy w lewo w leciutko widoczną ścieżkę. Krążymy między kamieniami, nachylenie już wyraźnie duże, momentami ręce zaczynają pracować.
Dochodzimy pod Mnicha, tu część klubowiczów będzie dzisiaj działać, ale nie nasza czwórka. My idziemy dalej, wyżej. Chcemy stanąć na tym "większym bracie".
Jeszcze kilkanaście minut i jesteśmy na Ciemnosmreczyńskiej Przełączce. Pod ścianą Zadniego ubieramy sprzęt. Idziemy na 2 zespoły. Najpierw ja z Władkiem, potem Magda z Arturem. Trochę się stresuję, tu nie ma żartów. Słucham poleceń Władka, który po chwili startuje do góry, a ja go asekuruję.
Magda kręci filmik. "Marcin czyż nie jest tu pięknie?" woła radośnie.
Nawet jej nie słyszę, tak skupiony jestem na wydawaniu liny Władkowi.
Za chwilę moja kolej na wspinanie. Dobrze, że wziąłem buty wspinaczkowe. Chwytam skałę, potem drugi i trzeci chwyt, idzie dobrze, trudności nie są straszne, ale i droga pewnie ta z łatwiejszych. Drogę pokonujemy na dwa wyciągi, w międzyczasie walczę jeszcze z płytą, to najgorszy dla mnie moment, chwyty maciupkie, dobrze że Władek mnie trzyma, jakoś przeszedłem, ostatnie metry i w końcu szczyt. Zadni Mnich.
Widoki piękne, ale jednak słońca już nie ma, chmury nadchodzą, w oddali grzmi. Magda z Arturem dołączają do nas i robimy pamiątkowe zdjęcia. Na moment zza chmur wyłania się Mnich, który z nami pozuje. Można by siedzieć i podziwiać ten krajobraz, ale nie ma co nadwyrężać przychylności Tatr. Burza coraz bliżej. Trzeba będzie się zbierać. Czas na 40m zjazd!
Nie jestem demonem prędkości w zjazdach na linie. Jakoś tak mi pokracznie szło, dosyć wolno.
Ale wystarczyło, że Władek krzyknął "ILE JESZCZE (mamy czekać)?!" i w tym momencie jakoś się odblokowałem i płynnie zjechałem. Uff jak to dobrze poczuć ziemię!
Jeszcze 5 min i reszta ekipy była cała na dole.
Niestety, nie byliśmy jednak tak szybcy, żeby uciec burzy, która dogoniła nas w drodze powrotnej. Zlało nas okropnie. Przemoknięci, zatrzymaliśmy się w schronisku nad Morskim, gdzie wjechał pyszny schabowy.
Wieczorem na taborze urodzinowe piwo i Ferrero od Agnieszki (serdeczne pozdrowienia), zabawne rozmowy do późna przy mocniejszych trunkach.
20 kilka osób, młodzież i dorośli, każdy pełen radości i uśmiechu, opowiadający o swoich górskich doświadczeniach, przeżyciach, planujący kolejne wyzwania.
Mówią, że to ludzie tworzą miejsca, ludzie którzy w nim przebywają i tworzą w nim historię.
Od dzisiaj Szałasiska to jedno z moich miejsc. Cisza, spokój. Aż dziwne, że znajduje się 200-300m od największej "autostrady ludzi", gdzie panuje wrzask, cyrk i harmider.
Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w tej wyprawie. Gdyby ktoś w styczniu powiedział mi, że w tym roku dołączę do KW i wejdę na Zadniego Mnicha to bym pomyślał, że ma nierówno pod sufitem. A jednak...
Dziękuję Wam
Było cudownie