W połowie lutego dotarła do nas tragiczna wiadomość. Podczas przejścia Orlej Perci w lawinie, która zeszła w okolicach Koziej Przełęczy, zginął nasz klubowy kolega Mateusz Szeszko.
Choć Mati był z nami bardzo krótko, to błyskawicznie włączył się w życie klubowe - uczestniczył we wszystkich spotkaniach i klubowych treningach. Z niecierpliwością czekał na kurs skałkowy.

Po górach chodził 'od zawsze'. Tak jak my wszyscy zaczynał od Beskidów. Gdy tam poznał każdy zakątek, przyszła kolej na Tatry. Ambitnie - latem Świnica, Rysy, Gerlach, zimą znowu Świnica i Rysy. Orla Perć wydawała się kolejnym małym krokiem...
Stawiał sobie ambitne cele i świadomie do nich dążył. Coraz lepiej szło mu na panelu, gromadził sprzęt i umiejętności. Zwieńczeniem miał być Mont Blanc.

Zawsze uśmiechnięty, zarażał nas pozytywną energią. Za każdym razem na ściance wybierał coraz trudniejsze drogi. I zawsze szedł do końca.
Najbliżsi wspominają, że zawsze żył na 100% i cieszył się z najmniejszych rzeczy jak nikt inny.
Żegnaj Mati, mamy nadzieję, że tam, gdzie jesteś teraz, też są góry.