Z głębokim smutkiem i niewyobrażalnym bólem dzielimy się tragiczną wiadomością o śmierci naszych klubowych kolegów i przyjaciół, Janka Dudka i Kazimierza „Kaja” Wszołka. Janek i Kaju zginęli w szwajcarskich Alpach, w drodze na szczyt Weissmies. Zostali na zawsze w górach, które tak bardzo kochali.
Byli nie tylko doświadczonymi alpinistami, ale przede wszystkim wspaniałymi ludźmi, którzy swoją pasją, siłą i życzliwością inspirowali całą naszą społeczność. W sercach wielu z nas pozostawili pustkę, której nie da się wypełnić.
Aby uczcić ich pamięć i przybliżyć ich niezwykłe sylwetki, pragniemy podzielić się wspomnieniami przygotowanymi przez ich bliskich przyjaciół. To osobiste i poruszające słowa, które najlepiej oddają, kim byli Janek i Kaju – jako wspinacze i jako ludzie.
Społeczność Klubu Wysokogórskiego Gliwice łączy się w bólu z Rodzinami i Bliskimi Zmarłych. Jesteśmy z Wami myślami.
Wspomnienie o Kazimierzu „Kaju” Wszołku
Słowa: Mirosław Szumny, Andrzej Galant
Kazimierz Wszołek swoją drogę życia rozpoczął w górach i tam ją zakończył na własnych warunkach.
Kazik Wszołek, Kaju, jak go nazywaliśmy w Klubie Wysokogórskim Gliwice, kochał góry. Był w nich zawsze bardzo dobrze przygotowany, zarówno kondycyjnie, jak i technicznie. Był osobą bardzo zrównoważoną, choć zaciętą w dążeniu do celu. Ostatnim jego marzeniem było zdobycie wszystkich 4-tysięczników (pozostały mu jeszcze dwa do osiągnięcia celu).
Kaziu był indywidualistą. Jeżeli nie udało mu się namówić kogoś na partnerstwo we wspinaczce, to realizował cel samotnie. Cele stawiał śmiałe, można by powiedzieć ryzykowne, ale on sam dobrze wiedział, czy jest w stanie je zrealizować. Był niesamowicie silny fizycznie, bardzo życzliwy i koleżeński.
Aby zdobyć fundusze na wyjazd na Aconcaguę w 1988 roku, uczestnicy tego wyjazdu, w tym również Kaju, podjęli się malowania (fluatowania) betonowego 150-metrowego komina na Hucie Katowice. Polegało to na wcześniejszym nasyceniu wierzchniej warstwy betonu wewnętrznej części komina kwasem szczawiowym przed malowaniem zasadniczym. Ze względu na agresywny i trujący charakter kwasu, całą operację trzeba było wykonać w gumowym kombinezonie ze szlauchem w ręku, zjeżdżając na linie. Trwała gorąca dyskusja całej naszej roboczej ósemki, kto i jak ma to wykonać. Wtem Kaju ukrócił nasze deliberacje, mówiąc, że w ten sposób "zima nas zastanie". Ubrał kombinezon, wziął szlauch i wykonał tę robotę. Taki był Kaziu Wszołek.
Razem uczestniczyliśmy w wyprawach w Góry Norwegii i Zanskar (Himalaje Zachodnie). Pamiętam, że Kaziu w środku nocy, po lodowcu, samotnie doszedł do naszego namiotu, gdy realizowaliśmy wspinaczkę na dziewiczy szczyt w Ladakhu. Realizował wiele bardzo trudnych dróg w masywie Trolli, gdzie pomagał również w akcji ratunkowej. Podczas wyprawy w Andy w 1988 roku, powtórzył drogę pierwszych polskich zdobywców Aconcagui przez Lodowiec Polaków (drogę argentyńską). Wszedł również na Illimani w Cordillera Real w Boliwii.
W czasie 4-dniowego trekkingu w Peru od Urubamby do Machu Picchu, Drogą Inków, która prowadziła przez dżunglę andyjską na wysokości ponad 4000 m, Kaziu jako pierwszy pokonał Urubambę, przechodząc na linie stalowej przy pomocy karabinka i czekana. Rzeka Urubamba o szerokości 50 m waliła pod spodem z szybkością pociągu, dudniła kamieniami niesionymi przez nurt, a jej bure i spienione wody nie zapowiadały szczęśliwego końca w razie upadku. Nikt z nas nie powtórzył tego wyczynu.
Kaju cechował się odwagą przy jednoczesnym respektowaniu trudności. W zespole to on zawsze był tym pierwszym. Ciągle zaskakiwał nas swoimi bardzo trudnymi przejściami wspinaczkowymi, mimo swojego wieku.
Żegnaj, Kaziu, niezrównany miłośniku gór. Do końca byłeś im wierny. My jesteśmy jedynie szczęściarzami, którym udało się spotkać Ciebie na górskich szlakach.
Zdjęcie zrobione przez Andrzeja Galanta - Aconcagua 1988 r.

Wspomnienie o Janku Dudku
Słowa: Lucjan
Kim był Janek? Przede wszystkim Człowiekiem o Wielkim Sercu. Znamy się od zawsze. Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której Jasiu odmówiłby komukolwiek bezinteresownej pomocy. Wystarczyło zamienić z Nim kilka zdań i już się wiedziało, z jakim fajnym, dobrym i skromnym facetem ma się do czynienia. Niezrównany optymista z pozytywną energią, nigdy się nie poddawał. Na problemy zawsze coś wymyślił, żeby je rozwiązać.
Zawsze sport był jego nieodłącznym towarzyszem. Bardzo dobry pływak, kolarz, a przede wszystkim pasjonat sportów górskich: od trekkingów, biegowych ultramaratonów górskich, po wspinaczki letnie i zimowe. Były komandos Wojsk Desantowo-Szturmowych o niezłomnej odwadze i żelaznej psychice.
Spędziliśmy razem w sumie wiele tygodni w tatrzańskich ścianach. Nigdy nie narzekał na trudności, warunki lub pogorszenie pogody. Przy nieplanowanym biwaku w ścianie, gdzie trzęśliśmy się z zimna, spokojnym głosem mówił: "Dobrze, że temperatura nie jest niższa o 10 stopni i że wiatr nie jest mocniejszy". Gdy nas deszcz lub śnieg złapał w ścianie, mówił: "Dobrze, że nie padało od rana, bo byśmy wcale nie poszli się wspinać". Zawsze dzielił się ostatnią kroplą wody i ostatnią kostką czekolady podczas dłuższych, nieplanowanych pobytów w górach.
Pracował wiele lat na wysokościach i tam też poznał Kazika, który był dla niego Wspinaczkowym Mistrzem o super przejściach i bardzo dobrych technikach prac wysokościowych. Mówił mi, że wiele się nauczył od Kazika.
Wieloletni Honorowy Dawca Krwi. Mówił, że chociaż tak może pomóc innym.
Na zawsze, Jasiu, zostaniesz z nami jako Niesamowity Człowiek o wielkim serduchu, żelaznej „buli” i niesamowitej odporności psychicznej na wszelkie trudy ziemskiego i górskiego znoju. Żadne słowa nie oddadzą, jak bardzo będzie Ciebie brakowało Najbliższym i mnie, nie tylko w górach.
Żegnaj, Przyjacielu, i do zobaczenia na Niebieskiej Grani.
