naszego Prezesa wspomina Andrzej Galant:
Aluś , tak nazywaliśmy Aleksandra Pańkowa naszego starszego klubowego kolegę w KW Gliwice.
Nasza znajomość, a później i przyjaźń zaczęła się na wyjeździe w Kaukaz Zachodni w rejon Dombaju w 1969 roku. Organizacją wyjazdów zajęły się wspólnie: AKG Gliwice ( Akademicki Klub Grotołazów ) i KW Gliwice. Ten pierwszy, AKG, miał w gestii zorganizowanie wyjazdu, załatwienie zaproszeń, biletów kolejowych oraz w miarę możliwości sprzętu. Ten drugi, KW, zapewnił instruktorów i cały pozostały sprzęt specjalistyczny.
Naszymi instruktorami były takie znakomitości jak: Bronek Kunicki (Broniu), Ola Kunicka (Ola), Janusz Hierzyk (Jano) i Aleksander Pańkow (Aluś).
W czasie pierwszego wyjścia w góry towarzyszyli mi Aluś, Andrzej Bober i Wiktor Żymła.
Pogoda była wspaniała, czyste niebo i wokół tak odmienna od tatrzańskiej, bujna przyroda z łanami rododendronów.
To pierwsze wyjście w prawdziwe góry było intensywne i rozłożone na dwa dni.
Pierwszego dnia podeszliśmy pod lodowiec na miejsce zwane „sobacze noczowki” (psi nocleg), na którym były w skałach płasienki dla rozbicia namiotów i ciek wodny, niezamarzający nocą.
Drugiego dnia, wcześnie rano ruszyliśmy pod Sofrudżu. Potem był trawers Sofrudżu i lodowiec Amanauz, którym schodziło się w dół do doliny. Miejsc trudnych nie było, ale na lodowcu z uwagi na szczeliny związaliśmy się w cztery osoby 80 metrową, nylonową liną. Zejście lodowcem rozpoczynało się trawersem i kończyło dwoma wyciągami w dół, stromym lodem.
Przy trawersie zdarzył się nam przypadek.
Pierwszy schodził Andrzej, potem Wiktor. Ja z Alusiem obserwowaliśmy z góry ich poczynania ze zwojami liny w ręce i z czekanami gotowymi na wszystko.
Na ostatnim metrze Andrzej potknął się i zaczął zjeżdżać. Na początku całkiem powoli więc Wiktor miał czas na przygotowanie się. Na nic to się jednak nie zdało, wyrwało go ze stanowiska i poleciał za Andrzejem. Przyszła kolej na mnie - byłem już dobrze przygotowany - czekan wbity, lina wyrzucona i czekałem aby złapać to towarzystwo.
Niestety dwie osoby to było już za dużo i bardzo pięknie wyleciałem w powietrze. Sunąłem na brzuchu po lodzie hamując czekanem, w górze widząc Alusia, który jeszcze przed chwilą robił zdjęcie. Odrzucił aparat, wbił z całych sił czekan i całą naszą trójkę powstrzymał.
Jego oczy pamiętam do dzisiaj. Nie było czasu na opieprzanie ,więc dopiero na dole , po trudnościach i po zejściu po baranich łbach Aluś powiedział do naszej trójki:
„no to nauczyliście się jak się nie chodzi po lodowcu .”
Do Polski wracaliśmy przez Lwów, rodzinne miasto Jana i Alusia. Od czasu opuszczenia Lwowa w 1945 roku, jako 10-letnie dzieci, byli tam po raz pierwszy, ale miasto pamiętali znakomicie.
Żegnaj Alusiu , druhu, przyjacielu, instruktorze.
Zdjęcia zamieszczone to właśnie nasza droga :