Zima na Wyspie

Był koniec września 2007. Koła rejsowego samolotu linii Lufthansa oderwały się od gładkiej powierzchni lotniska w Pyrzowicach. Samolot szybko nabrał wysokości. Po kilku minutach pilot zgasił lampkę ‚zapiąć pasy’, a wstążka lotniska zniknęła pod chmurami. Rozpoczął się nowy etap – lecimy na Wyspę. Co nas tam czeka? Wspinaczkowa posucha? Ciągły deszcz czy mgła?

Docent, który wyjechał jakiś miesiąc wcześniej dość optymistycznie opisywał Wielką Brytanię. Teraz i ja będę miał możliwość się przekonać, ile prawdy było w jego opowieściach. Nie musiałem długo czekać. Nasza zima na Wyspie rozpoczęła się.

6-7.X.2007 – Pembroke

Vauxhall Zafira dzielnie przemierzał mile brytyjskiej autostrady podążając ku Walii. Tam bowiem, na południowo-zachodnim wybrzeżu znajduje się wapienny klif, który był naszym celem. Pojechaliśmy w czwórkę, prócz Docenta i mnie, jadą Sari – nasza fińska koleżanka, częsta towarzyszka eskapad i Grzesiek – przedstawiciel licznej grupy polskich wspinaczy w Londynie.

Tak oto, po udanej podróży, stajemy na skraju klifu St. Govans, będącego najsłynniejszym rejonem w Pembroke. Ocean w miarę spokojny, słońce przepięknie praży. Do zjazdu do podstawy ściany wykorzystamy zawadiacko wbite w ziemię na krawędzi klifu pręty, rurki i kątowniki, których spora liczba sterczy wzdłuż całego wybrzeża. Nic dziwnego – cały klif jest jednym wielkim rejonem z setkami dróg. Rozpoczyna się piękny wspinaczkowy dzień. Zaczynamy łatwo, rozgrzewkowo ‚Army Dreamers’ i ‚Front Line’, obie HVS 5a. Skała wapienna, ale z dobrym tarciem i siadającymi kostkami. Do tego przepiękne słoneczko i lekka bryza znad oceanu. Zachęceni warunkami uderzamy w trudniejsze linie. Docent robi ‚The Arrow’ E1 5b o niebagatelnej już długości 50m. Ja mierzę się z ‚Piggy’s Crack’ o tej samej trudności. Lecz z mniejszym powodzeniem, bo droga pada w AFie. Zaczynam czuć respekt przed trudniejszymi drogami. Ale tylko ja bo Tomek atakuje dalej – ‚Ricochet’ E2 5c, gdzie znienacka przetestuje osadzone przez siebie przeloty. Wytrzymały.

Powoli czujemy zmęczenie, więc wybieramy jeszcze po jednej drodze. Robię krótką, przewieszoną ‚Clean Hand Blues Band’ E1 5b. A Tomek ewidentnie rozgląda się za jakimś ‚zwieńczeniem dnia’. Podejrzewam już co zrobi, bo podejrzanie blisko przechadza się koło filara ‚The Butcher’ E3 5c. Jeśli Wyspiarza spytasz o drogę w St. Govans, to pierwsze co powie – ‚The Butcher’. Piękna, fotogeniczna linia. Rzuca się w oczy, w momencie jak tylko się spojrzy na okoliczne skały. To filar, trochę jak morskie ‚Skrzydełko’ z wyglądu. Tomek szykuje się do wspinu, obaj wiemy, jak linia biegnie, bo przed przyjazdem niejedną poznaliśmy o niej historię. Koncentruję się i ja na asekuracji, bo sporo ode mnie zależeć będzie w razie odpadnięcia. Docent konsekwentnie pnie się ku górze, asekurując się z niemałą trudnością. Dociera do klamy tuż przed kruksem. Wycofuje się nieco i dokłada przelot. Znów podchodzi. Jeszcze restuje. Z góry oglądają go Sari i Grzesiek. Powoli zaczyna zachodzić słońce, robi się cisza. Prawdę mówiąc wszyscy czekamy co się stanie. I stało się. Szybkimi ruchami Tomek wymacuje jakoś chwyt za filarem i pędem wręcz prze ku łatwiejszej rysce. Mnie chodzi po głowie tylko myśl – ‚załóż coś’, ale on nie słyszy moich myśli. Dalej idzie. Wreszcie przystanął, osadził kość. I spokojnie już skończył drogę. Idąc na drugiego rozumiem czemu cofał się z kruksa i dokładał przeloty. I zaczynam też rozumieć, czemu nie osadzał ich ponad kruksem… Bo tam kruks wciąż trwał… 
Tym oto sposobem skończył się mój pierwszy wspinaczkowy dzień w Anglii. Bardzo owocny dodam. No może się jeszcze nie skończył, bo zjedliśmy se po rybce bądź innym kurczaczku w walijskim pubie i to jeszcze przy meczu rugby (dla informacji to narodowy sport Walijczyków). I po browarku przed snem.
I nastała niedziela. Niebo się zachmurzyło i było nieco wietrzniej, ale to przecież wciąż dobra, wspinaczkowa pogoda. Tym razem pojechaliśmy na Stennis Head, oddalony od wczorajszego St. Govans o jakieś 2km. Bardzo fajna miejscówka, nienarażona na pływy, bo startowa, szeroka półka znajduje się wysoko nad lustrem oceanu. Raczej nie lustrem, bo powierzchnia była wzburzona. Zacząłem ja, od ‚Herculesa’ HVS 5a, będącego trzygwiazdkowym klasykiem. Rzeczywiście droga piękna, i o umiarkowanych trudnościach. Docent zmierzył się z ‚Cool for Cats’ E1 5b. Jednej z kilku dróg co rozwiązywała gładką płytę. Aż zaskakujące, że taką płytą mogą biec drogi takiej klasy, a o umiarkowanych trudnościach. Chwilę potem wywołałem trzecią wojnę światową w przerysie ‚World War III Blues’ HVS 5b, co w niej się nastękałem aby osadzić jedynego dużego frienda jaki nadawał się tam do asekuracji. Docent poprowadził jeszcze ‚Manzoku’ E1 5b, będącą kolejnym klasykiem płytowym, a ja zrobiłem ‚Stennis Pillar’ HVS 5a, z efektownym przekrokiem nad eksponowanym kominem wypełnionym kotłującym się oceanem. Dzień miał się ku końcowi, więc przez skórę czułem, że coś się święci. Nie omyliłem się. Docent na koniec zostawił sobie ‚Pleasure Dome’ E3 5c. Sam wygląd tej drogi przyprawiał mnie o dreszcze. Biegnie ona długim na jakieś 20m trawersem. Straszliwie eksponowanym, bo pod zespołem tylko rozbijające się o pionową ścianę fale. Nie chcę myśleć co musi robić wspinacz po odpadnięciu na tej drodze… Początek, prosty szedł Tomkowi łatwo. Potem po wejściu we właściwy trawers zwolnił. Widać, że asekuracja nie była łatwa.

W zasadzie to trawersuje się z rękami w poziomym chwycie, a nogi to rower po gładkiej płycie. Doszedł do kruksa, który znajduje się przy upuszczeniu trawersu ku pionowej rysce. Długo mu tam zeszło. Jakimś cudem się zaasekurował i wycofał do resta. W kolejnej próbie udało mu się przejść miejsce i szybko ruszył do góry. Przeżyłem deja vu bo znów po głowie chodziła mi myśl ‚załóż coś’. W tym momencie straciłem go z oczu. Ale lina powoli sunęła się ku górze, więc wiedziałem, że jest dobrze. Nagle, spośród ryku oceanu, wyłowiłem – ‚mam auto’. Miód dla moich uszu. Teraz moja kolej. Podejście pod trawers rzeczywiście było łatwe, ale sam trawers już gorzej. Część przelotów wyciągam łatwo, zbyt łatwo – służyły raczej do poprawy samopoczucia. Kończę trawers i podziwiam Tomka jak mógł tutaj się restować, gdy jedyne o czym myślę, to opuścić te gówniane chwyty. Dobrze, że wiem jak przejść kruksa, to od razu wykonuję poprawną sekwencję. Ale wykombinowanie tego podczas prowadzenia… Szacun… Wielki szacun… Górna część, to już przyjemność i nagroda. Można wreszcie spokojnie spojrzeć w dół na fale uderzające o skałę jakieś 20m poniżej. Robią wrażenie! Tomek na stanowisku też robił wrażenie… Wrażenie ciężko wyczerpanego i szczęśliwego. Coś jak Dzidek po ‚Fight Gravity’ na Frankenie. Mógł tylko bełkotać coś bez ładu i składu. ‚Pleasure Dome’ oesem – niejeden Angol zrobiłby oczy jakby to usłyszał! Wielkie gratulacje dla Docenta, za to przejście. No i zostało nam jeszcze wrócić do Farnborough, gdzie mieszkamy. Pierwszy weekend w Anglii zaliczony. Bardzo, ale to bardzo obiecujący weekend… Jakie będą następne?

20-21.X.2007 – Anstey’s Cove, Carn Barra, Bosigran

Zachęceni sukcesami w Walii, nie zasypiamy gruszek w popiele i znów postanawiamy uderzyć na wspin. Tym razem skorzystamy z gościnności Wojtka i pojedziemy do Truro w Kornwalii. Spotykamy się z nim w Exeter, w hrabstwie Devon, gdzie chcemy odwiedzić Anstey’s Cove. To jeden z niewielu rejonów czysto sportowych, na dodatek przewieszonych na ‚westową’ modłę. Bądź co bądź, hrabstwo Devon to najprawdziwszy ‚west’ Europy. Polecono go Wojtkowi, jako dobrą miejscówkę, aby przypomnieć sobie jak wygląda spit, którego wygląd powoli zacierał się w jego pamięci.

Na pierwszy rzut oka rejon nie robił wielkiego wrażenia, bo zejście po jakichś krzakach i chaszczach. Ale jak już dotrze się pod ścianę to robi się niczego sobie. Wywieszony na prawdę jest, socjal bardzo dobry. No i zatoczka urocza za plecami. Podzieliliśmy się na dwa zespoły: Wojtek i Docent oraz Sari i ja.

My zaczynamy dość spokojnie, najprostszą drogą w rejonie czyli ‚End of Era’ 6a OS. No i bez rewelacji. Daleko nie odchodząc, bo parę metrów obok robimy ‚Time bandits’ 6c+ RP. No i ciągle pewien niesmak… Ale kto w słynnym przewieszonym rejonie robi płytowe drogi? Dlatego dołączamy do chłopaków, co optymistycznie wyrażają się o ‚Might and Main’ 7a. Rzeczywiście droga świetna. Filar, przewieszony i uklamiony. Prawdziwy ‚west’. Tak to nam przyjemnie mija czas na wspinaczkach. Próbujemy jeszcze ‚How the mighty fall’ 7a+ ale wszyscy spadamy z oesa na ostatnim ruchu. Wojtek zrobi ją RP, gdy my sobie odpuścimy z Docentem.

Próbujemy jeszcze z Wojtkiem jakieś trudne sportowe drogi ale to tak tylko dla przyjemności raczej. Sari robi sobie już wolne, a Docent prowadzi klasyka rejonu w ‚Cocytus, More Steam Connection’ będącego połączeniem Trad i sport.

Czeka nas jeszcze jakieś 1,5h jazdy do Truro, gdzie śpimy sobie wygodnie, ugoszczeni przez Izę – małżonkę Wojtka. Nie obyło się bez drobnej popijawki oczywiście, więc odurzeni i zmęczeni nie mamy problemów ze snem. Ale na szczęście nie mamy też problemów z pobudką w niedzielę. I zwarci i gotowi zaczynamy dzień Trad w Kornwalii.

Na początek jedziemy do Carn Barra – to granitowy klif, położony na najdalej wysuniętym krańcu Kornwalii, tuż koło miejsca zwanego znacząco Land’s End. Podejście pięknym wrzosowiskiem, tak właśnie kojarzył mi się angielski krajobraz. I tutaj zjeżdżamy na szeroką półkę u podstawy ściany. I ten rejon jest nienarażony na pływy, aczkolwiek przy fali drogi mogą być zalewane. Na szczęście morze mamy dziś spokojne, więc nie grozi nam zamoczenie.

Jak wczoraj dzielimy się na dwa zespoły o identycznym składzie. Zaczynam od niskich numerów aby rozpoznać warunki: padają ‚Cumbelloe’ HS 4b i ‚Socket Arete’ VS 4c. Zaczynam czuć się pewniej więc robię ‚Amen Corner’ HVS 5a. Ależ to piękna wspinaczka! Co prawda na dole nieco wilgotna, ale później już coraz lepiej. Nie bez kozery jest to trzygwiazdkowiec w przewodniku! Równolegle z nami działają Wojtek i Docent. Ale tam to padają raczej poważne numery. Chłopaki robią E2, E3 jedna za drugą. My z Sari robimy jeszcze ‚Slant Crack’ VS 4c, którą prowadzę, po tym jak Sari się z niej wycofała. Zresztą ją rozumiem, bo jak na ten numer to całkiem wymagająca.

No to zadowoleni opuszczamy Carn Barra i jedziemy do Bosigranu. Ten rejon to wizytówka Kornwalii. To już sporej wysokości miejsce, z drogami dochodzącymi do 100m wysokości. Nie leży całkowicie nad morzem, więc socjal idealny i zjeżdżać nie trzeba. Jako, że dość już późno mamy szansę na jedną drogę. W przypadku Sari i moim wybór pada na ‚Anvil Chorus’ HVS 5a. Jak się okazuje to bardzo piękna droga, a szczególnie ładny jest ostatni, najtrudniejszy wyciąg, który prowadzę. Na początku pionowa, podwójna rysa, a potem eksponowany trawers do filara. Czysta przyjemność. Kończymy bardzo zadowoleni. Nie zrobiliśmy z Sari żadnego ‚numeru’ ale bardzo przyjemnie urobiliśmy parę dróg!

W tym samym momencie zespół Tomka i Wojtka, wzmocniony o spotkaną znajomą Sarę, musiał wycofać się z E3, którą próbowali. Nieco było zbyt późno i zaczynało zmierzchać, więc nie ryzykowali wbijania się w podejrzane okapy i zjechali.

I znów udany weekend! Jeszcze tylko droga do domu. Ach i zapomniałem wspomnieć, że jeszcze był ‚sightseeing’ – po drodze obejrzeliśmy Stonhenge o świcie i przez płot 😉

17-18.XI.2007 – Great Zawn, Sennen

Tym razem do Kornwalii udałem się sam. Środek listopada więc nie spodziewałem się rewelacji, szczególnie, że prognozy były nie do końca optymistyczne. Ale Wojtek był chętny, to trzeba było z okazji skorzystać. Sprawnie i szybko dotarłem do Truro i chyba koło 8mej zapukałem do wojtkowych drzwi. Bez owijania w bawełnę, szybko wyruszyliśmy, by zdążyć przed popołudniowym deszczem. Po drodze zabraliśmy Sarę, którą poznaliśmy na poprzednim wyjeździe. Śmiała się nieco, że zamierzamy się wspinać w ‚taką’ pogodę. Ech ‚ta’ pogoda nie była wcale taka zła. Skała przecież sucha, a temperatura na pewno dwucyfrowa.

Pojechaliśmy do Great Zawn, to rejon niedaleko Bosigranu, drogi startują z obszernej półki, na którą docieramy zjazdem. Drogi mają około 70m, niektóre nieco dłuższe. Tak, że przygotować się trzeba na 2-3 wyciągi wspinania. Zaczynam ja na ‚The Variety Show’ HVS 5a. Bardzo ładna, klasyczna droga. Trzygwiazdkowiec w przewodniku. Oczywiście zasłużenie. Biegnie fotogeniczną rysą, a kruks znajduje się na samym końcu rysy, przy wejściu na półkę. Drugi wyciąg prowadzi Wojtek. Prostszy i krótki. Wychodzimy na trawiastą grań, by po wykonaniu kilku pamiątkowych fotek, ponownie dotrzeć do podstawy ściany.

Teraz kolej na coś dla Wojtka. Wybiera ‚Green Cormorant Face’ E3 5c. To trzy wyciągowa droga, z czego drugi wyciąg jest najtrudniejszy. Chociaż na razie odstrasza mnie start drogi. Bo zaczyna się z półki o szerokości około metra. By się na nią dostać wykonać należy skok, dość przerażający. Poziom wody niski, chlupie ona gdzieś 5m poniżej, a my kombinujemy jak tam dotrzeć. Udało się osadzić przeloty jakoś, tak więc mamy asekurację. Wojtek skacze pierwszy. Mówi, że wygląda straszniej niż jest, ale coś mu nie wierzę. Teraz Sara, asekurowana z dwóch stron. Ja likwiduję przeloty i asekurowany przez Wojtka, skaczę jako ostatni. No, nie powiem… Serce zabiło mi mocniej. ‚Ale teraz to już będzie tylko prościej’ mówi Wojtek. No zobaczymy…

Prowadzi pierwszy wyciąg. Idzie powoli, ale widać, że nie jest bardzo trudny. My sobie z Sarą gaworzymy w stanowisku. Zalety trójkowego zespołu, że asekurant się nie nudzi, gdy prowadzący poci się zdobywając kolejne metry. Wojtek znika na półce i po chwili ma gotowe stanowisko. Ściąga Sarę i mnie. Wyciąg bardzo fajny, na drugiego nietrudny. Gorzej miał prowadzący, bo asekuracja nie była idealna. Lustrujemy teraz połać drugiego wyciągu. Kruksem jest start i parę metrów nad stanem. No wygląda niemrawo. Cieniutka, zanikająca ryska w zacięciu, ale na jej końcu duży ząb. To będzie pierwszy dobry chwyt. Wojtek rusza do boju i próbuje się zaasekurować, nie bez trudności. Jakoś utyka najmniejsze kosteczki i z mocną napinką dociera do zęba. ‚Uffff’ – słyszymy. Teraz porusza się szybciej. Wyciąg jest długi, więc jeszcze chwilę trwa, nim dotrze na wygodną półkę, gdzie założy stanowisko. Pierwszy idę ja, oj ciężka ta ryska, ciężka. Jakoś wszedłem drugą ręką niż Wojtek, ale nie mogę się już wycofać. ‚Trza się napiąć’ – myślę i przechodzę od słów do czynów. Gdy docieram do zęba, to umordowany jestem strasznie. Ale jak zwykle następuje nagroda – dalszy ciąg jest przyjemnym wspinaniem po pięknej skale. Wychodzę od razu wyżej, na dobrą trawiastą półkę, a Wojtek zaczyna ściągać Sarę. Wspólnymi siłami (‚naciągnij na blok….’) kończą wyciąg. Jeszcze czeka nas wyjście na grań łatwym terenem, ale asekurujemy się wciąż, bo skała dość zamszała i wilgotna.

Kombinujemy co by tu zrobić, ale jest już dość późno, że postanawiamy skończyć na dzisiaj. Po drodze zjadamy jeszcze pizze w ‚Blue Bar’, słynnej knajpie surferów, a w domu, klasycznie jeszcze posiłek i piwko.

No i przyszła niedziela. Jedziemy do Sennen. To malutka wioska, z piękną plażą – szeroką i piaszczystą. Raj dla surfingowców. A i dla wspinaczy również, bo skały o 5 minut drogi od auta. Pogoda dość szemrana i szare chmury się przewalą non stop. Ale skała ‚prawie’ sucha. No jak już jesteśmy, to trzeba się wspiąć! Prowadzę ‚Slim’ VS 5a. Fajna droga, ale była nieco mokra niestety. Gdy wychodzę na górę zaczyna wiać mocniej. Jak Wojtek zaczął się wspinać to już kropiło. Gdy dotarł do mnie kropienie zamieniło się w regularną ulewę. Niestety, koniec wspinu na dziś, bo wszystko całkowicie mokre. Zbieramy rzeczy i wracamy do auta. Oczywiście chmury się rozwiewają i nawet wychodzi chwilami słońce. Postanawiamy więc zrobić sobie pieszy spacer po okolicy. Bardzo przyjemna przechadzka po klifie okolicznym. Wypijamy kawkę w Land’s End i zmagamy się z huraganowym wręcz wiatrem. Wieje naprawdę nieźle!

Tego weekendu pogoda nieco słabsza, więc powspinaliśmy się mniej. Nie zmienia to faktu, że zakwas w bickach leczę do wtorku 😉

15.XII.2007 – Curbar Edge

Jest środek grudnia. Niby trochę zimniej, ale związku z krajową, naszą zimą nie ma to żadnego. Prognozy na południową Anglię są nie najlepsze, bo padać ma, ale za to bardziej na północ wygląda o wiele lepiej. Tak więc uderzamy do Peak District. Słynny gritstone ma przecież najlepsze tarcie gdy chłód! Droga tam od nas niedaleka, ale jako, że dzień krótki, to postanawiamy wyjechać wcześnie. Tak oto ujrzeliśmy Curbar Edge wczesnym sobotnim rankiem.

Było zimno. Za zimno. Trawa zmrożona, temperatura koło +2 stopni. Zlustrowaliśmy ścianę i postanowiliśmy skoczyć na kawę 😉 Poza tym nie mieliśmy przewodnika, tylko spis dróg, więc chcieliśmy się zapoznać z jakimś dziełem. Na pomoc lokalsów nie było co liczyć, bo widzieliśmy tylko jakichś turystów. Zjechaliśmy zatem do wioski i udaliśmy się na śniadanie. Kawka skonsumowana. Na szczęście bar połączony był ze sklepem sportowym, więc mieliśmy okazję dokładnie pooglądać topo i wybrać sobie trójgwiazdkowce, które chcieliśmy zaatakować. Oczywiście na pierwszy ogień miał pójść ‚Pea pod’ HVS 5b. Będący jedną z najdłuższych dróg w rejonie. 18m – no wysokością to grity nie grzeszą tam. Po precyzyjnym wyuczeniu się na pamięć topografii rejonu pojechaliśmy w skały ponownie.

Niby było cieplej. Przynajmniej szron z trawy zaczął schodzić… To dziarsko podchodzimy pod skały, machając energicznie kończynami by się rozgrzać. Pełni entuzjazmu szpejimy się. Drogą losowania wybieramy prowadzącego. Pada na Docenta, z czego i on i ja jesteśmy zadowoleni szczerze. ‚Pea pod’ to komin w kształcie soczewki, no niektórym pewnie kojarzy się ze słynnym rzeszowskim pomnikiem żołnierzy, ale to już inna sprawa. Droga słynna więc, w necie pełno dyskusji było jak lepiej wchodzić w zapieraczkę – czy lewą czy prawą stroną, ale nikt nie dawał jednoznacznej odpowiedzi. Docent wszedł prawą stroną. Niby droga trudna nie jest, przecież tylko HVSka, ale jakoś powoli puszczała. Takie zapieranie to jednak nie formacja dla jurajskich wspinaczy… Docent dotarł do kruksa, jakim jest wyjście z owego ‚Pea pod’-a i niestety groszek go wypluł. Druga próba była już udana. Później już łatwiejszym terenem, ale zmarzniętym już i zalodzonym nieco, wyszedł na wierzchołek. Wiało tam potężnie, więc schronił się za jakimś głazem i zaczął mnie ściągać. I mnie ciężko się tam do góry lazło, owym robaczkowym ruchem, zapierając się o ściany komina. Jakimś cudem przedarłem się przez kruksa, ale napiąłem się tak maksymalnie, że ATP w mięśniach znikło dokumentnie chyba. Do tego skała u góry zrobiła się tak zimna, że ręce grabiały i stawały się kulasami bez czucia.

Zeszliśmy na dół, wiedząc, że wspinanie tego dnia to mizerny pomysł. Ale i ja chciałem coś w gritach poprowadzić. Spotkaliśmy jeszcze Sari z koleżanką, Flowera z takim silnym gościem (ale zapomniałem jego imienia), ale oni zdecydowali się wyłącznie na spacer. Natomiast podzielili się wiedzą i polecili drogę ‚Maupassant’ HVS 5a.

Nie wyglądała na trudną więc postanowiłem zaatakować. Nie szło mi to zbyt prędko ale jakoś się poruszałem do góry. Dotarłem do kruksa, ale nim zaatakowałem, wycofałem się jeszcze i nieco zrestowałem. Końcówka, to przewieszona rysa, z zaklinowanym w niej wielkim kamieniem, ale nieszczęśliwie na tyle wysoko, że nie mogłem za niego pętli zarzucić. Zresztą później przeczytałem w przewodniku, że wysocy zarzucają tam pętle metodą ‚na lasso’. Co było robić jednak, spiąłem siły i wylazłem jakoś gramoląc się, przypuszczam, że z użyciem kolan, na półkę. Tam już mogłem się zaasekurować i łatwym podejść do końca. Ściągnąłem Docenta. Doszliśmy obaj do wniosku, że to pomysł nieco bez sensu aby kontynuować i postanowiliśmy przejść się po okolicy i pooglądać nieco.

Spotkaliśmy jeszcze jeden zespół wspinaczy – silni goście jacyś, wędkowali ‚The End Of The Affair’ E8 6c. Ale takie drogi to już inna liga. Zupełnie inna.

Przemarznięci nieco i przewiani przez przeszywający na wskroś wiatr, jaki wiał na grani, wróciliśmy do auta. Zjedliśmy jeszcze obiadek w przyjemnym wiejskim pubie i wróciliśmy do domu. Nie ryzykowaliśmy zostawania na dwa dni, choć taki mieliśmy początkowo plan. No i w Anglii jest czasem za zimno na wspin.

12.I.2008 – Winspit

Wystraszeni nieco warunkami grudniowymi, w nowym roku postanowiliśmy zacząć od rejonów określanych mianem ‚winter venue’. Taką zimową miejscówką jest kamieniołom Winspit koło Swanage. O Swanage mówią, że to biegun ciepła w UKeju i coś w tym musi być, bo rzeczywiście prognoza wyglądała obiecująco, pomimo że gdzie indziej syf panował. A, że rejon blisko jest od nas to chętnie tam uderzyliśmy.

Podróż zajmuje jakieś 1,5h więc szybciutko. Po drodze zrobiliśmy jeszcze krótki postój by uwiecznić na fotkach Corfe Castle, a w zasadzie jego ruiny. Ładne zamczysko.

Sam Winspit odnajdujemy dość łatwo bo to turystyczna atrakcja w tej okolicy. Nie da się ukryć, że wielkością Winspit nie grzeszy. Najdłuższe drogi mają może 20m, ale przeciętna to 12-15m. Winspit to rejon sportowy,  z wywieszonymi raczej drogami. Jak to w kamieniołomie – większość chwytów to płaskie klamy i jakieś załupy. Dość dziwny wspin, jak się okazało.

Nie byliśmy sami, bo prócz nas jeszcze parę wspinających się zespołów. To nas utwierdziło, że to właściwe miejsce. Są lokalsi – to znaczy, że to musi być tutaj. Zaczynamy od prostych dróg, niby na rozgrzewkę ‚Nosey’ 6a+ i ‚Rampant loves jugs’ 6a+, ale wcale nie takie łatwe to wspinanie. Potem ‚Knickerless Crutches’ 6b+ i ‚Chrissy’ 6c w efektownym zacięciu. Czujemy już skałę więc chcemy spróbować coś mocniejszego. Idę na ‚Damnation Game’ 7a+, ale mnie zrzuca na trudnym starcie. Próbowałem jeszcze powalczyć, ale skończyło się tylko zmęczeniem większym. Docent z większym powodzeniem robi ‚Peppercorn rate’ 7a oesem, a ja fleszuję tuż po nim. Bardzo fajna droga. Czujemy już, że kaczka nabita się robi. Próbuję jeszcze jakieś 6c ale bulderowy ruch mnie miażdży. Kończę klasykiem ‚Stone Mason’ 6a+ na zgrzewkę. Docent też obniża cyfrę i robi jakieś 6c jeszcze.

Uczciwie wywspinani zwijamy bambetle i wracamy przez uroczą wioskę do auta. No kto by pomyślał, że w połowie stycznia, taka pogoda i temperatura. Mieliśmy szczęście bo dość wiało, ale kamieniołom jest dobrze osłonięty, więc nic a nic nam to nie przeszkadzało. Obiecujemy sobie wrócić, aby porobić jeszcze trudniejsze klasyki. Jak się okazało, wróciliśmy już za dwa tygodnie.

26-27.I.2008 – Winspit, Blacknor

Zachęceni jakością rejonu, udajemy się do Winspit ponownie. Tym razem w towarzystwie Sari i Łukasza. Wesołego kolesia z Krakowa, który w Londku pracuje jako kontroler jakości dań podawanych w samolotach. Kręcił coś strasznie i nie mam pojęcia jak ową jakość się sprawdza, ale wpadki wesołe opisywał. Jak igła w kanapce, którą jadł pilot. Na szczęście na lotnisku ją jadł, a nie w powietrzu…

Jako znawcy rejonu prowadzimy naszych towarzyszy od razu pod właściwą część kamieniołomu, gdzie drogi najładniejsze. Znów zaczynamy bezpiecznie i rozgrzewkowo od dróg 6a+, stopniowo podnosząc poziom do ‚Premenstrual Princess’ 6b+ czy ‚Queen Anne’s Man’ 6c. Przychodzi czas na największe klasyki rejonu. Atakuję ‚Ancient Order of Freemarblers’ 7a. Bardzo fajna, długa droga, do tego przewieszona. Normalnie robi mi się na niej gorąco. Nic w tym dziwnego bo przecież i temperatura dopisuje. Docent powtarza i próbuje zrobić sąsiadkę trudniejszą ale już bez powodzenia. Znów zmniejszamy trudność, by się nie skatować. A przecież zostajemy w skałach na dwa dni.

Równolegle działa zespół Sari-Grzesiek. Robili proste drogi dość, jako że Grzesiek to początkujący wspinacz, ale doświadczony bulderowiec. Wpinki to nowość dla niego. Ale daje radę, dzielnie montując sztelungi przy zjazdach wykonując dyrektywy krzyczane przez Sari. Co prawda w krytycznych chwilach zawsze krzyczał ‚LUUUUUUZZZZZ’ nic sobie nie robiąc, że biedna dziewczyna nie rozumie o co mu chodzi.

Kończymy zadowoleni. I do tego mamy piękny, różowy zachód słońca. Po prostu sielanka. Jedziemy teraz dalej, bo w niedziele chcemy się powspinać w Portland. Po drodze zatrzymujemy się w Weymouth, gdzie odwiedzimy Hinduską knajpę i zjemy kolację, popijając bronkiem z Bangladeszu. Na nocleg udamy się na parking, nad samym morzem, na wierzchołku klifu. Upojeni bronkami kupionymi jeszcze w Tesco, zasypiamy leżąc pod chmurką. Może nie była to noc zbyt gorąca, ale przecież mamy styczeń. Któż by się odważył na spanie pod chmurką w styczniu?

Rano wita nas niewielkie zachmurzenie i delikatny wiaterek. Jedziemy na śniadanie i kawę do Portland. Troszkę powoli nam to idzie, ale wreszcie trafiamy pod skały. Blacknor to wapienny klif, dość wysoki bo ma ze 40m, a długi to nie wiem na ile… Ale chyba dookoła całego półwyspu gdzie leży Portland to ma ze 30km. Jest to największy sportowy rejon w UKeju. Dróg masa i muszę przyznać, że bardzo fajne.

Uzbrojeni w kilkanaście ekspresów i linę minimum 60m możemy atakować. Tomek zaczyna od ‚One fine day’ 6a+. Długa linia i trochę kluczy, więc największy problem to przegięcie liny. Moja kolej – idę na ‚Skank Central’ 6b+. Piękna droga. Wiedzie trzydziestometrowym filarem, na początku lekko przewieszonym. Ekspozycja totalna. Czysta przyjemność ze wspinu. Zaczyna nam się podobać. Właściwie to mnie się zaczyna, bo Tomek już tu był więc wie, że jest bosko. ‚The Long Walk’ 6c, które prowadzi Tomek to prawdziwie westowy kaloryfer! No kto by się spodziewał takich dróg. Normalny kaloryfer! Jak w Ceredo albo Ospie! Słoneczko nieco się obróciło, więc możemy się kierować na dalsze sektory. Mamy plan na ‚England’s Dreaming’ 7a+. Trzygwiadkowy klasyk rejonu. Moja kolej. Zaczyna się płytą, powiem, że nawet wyślizganą. Ruchy trochę trudniejsze. Niestety spadam. Potem jeszcze trudne ruchy w niby kominku pomiędzy obłymi kaloryferami i końcówka po klamach. Jakoś nie wierzę w siebie, ale ruchy sobie zacykuję podczas zjazdu. Docent atakuje. I niech się chowają wszyscy szydercy, co kpią z mojego fleszowania! Docent idzie jak po drucie i wykonuje karnie moje polecenia. Może w jednym miejscu zrobił nieco inaczej ale co tam! Pada mu flashem! Tak się zmobilizowałem, że i ja uderzyłem raz jeszcze. Jak się okazało, nie taki diabeł straszny i prowadzę drogę. ‚England’s dreaming’ pada RP.

Dołączają do nas Sari i Łukasz, którzy wspinali się na wcześniejszym sektorze. Powoli robi się późno więc na zgrzewkę robię jeszcze ‚Cake Walk’ 6a+. Piękna nagroda na koniec dnia, bo to czysta przyjemność zrobić sobie taką linię przy zachodzącym słońcu. Zwijamy się jeszcze chwilkę, każdy dokańcza swoje drogi i o zmierzchu prawie wracamy do auta.

Taki dzień w zimie w Anglii??? Nigdy bym w to nie uwierzył! W ten sam weekend ludzie marzli w Siuranie, a my w pełnym słońcu mogliśmy robić drogę za drogą! Anglia zimową miejscówką Europy. Taki stawiam postulat.

 

23-24.II.2008 – Sennen, Bosigran

I nadszedł ten moment. Przede mną ostatni weekend w UKeju. Jedziemy we dwóch. Tomek i ja. Gdzieś w połowie Kornwalii łapie nas ciężka zlewa, więc morale nam nieco opada. Ale po chwili przestaje, a im bliżej Truro, tym ładniej się robi.     Docieramy do Wojtka bez trudności. I on optymistycznie patrzy na pogodę, więc we trójkę pełni optymizmu jedziemy do Sennen. Byłem tam już, więc miejsce znam co nieco. Tomek jedzie jednak po raz pierwszy.     Zjeżdżamy na półki startowe, duże, wygodne i raczej suche. Co prawda pływy dziś mają być wysokie, a i fala niemała. Trzeba uważać.     Zaczynam ja. ‚Demo Route’ HS 4b. Trzygwiazdkowy klasyk rejonu. Rzeczywiście droga bardzo ładna, co prawdę wszechobecna wilgoć nieco psuje wrażenie. Że się da to wiem, bo Wojtek prawie całą przed chwilą przeżywcował na rozgrzewkę. Ja oczywiście dzielnie się na niej asekuruję. Ściągam Docenta i zjeżdżamy od razu na dół. Teraz Tomka kolej. Idzie na kolejny klasyk rejony ‚Zig Zag’ HVS 5a. Droga startuje z niższej części półki więc dół jest cały mokry, ogólnie to cała wygląda na mokrą. Wojtek asekuruje, a ja stoję sobie na dole i cykam fotki. Nagle, całkowicie znikąd pojawia się fala! Zdąrzyłem się tylko odwrócić i zrobić dwa kroki, ale i tak zlała mnie od stóp do głów. Jestem cały mokry.     Wojtek co stał na stanowisku nieco wyżej, zadowolony, że zmoczyło mu tylko buty.     Odchodzę skruszony i nie dołączam do chłopaków, bo muszę się przebrać. Gdy ja wykręcam ubrania, to oni się wspinają. Jak Docent zeznał, droga była całkiem mokra, a chwyty odciągowe wszystkie, więc niezbyt przyjemnie się wspinało. Ale klasyk zrobiony.     Wychodzi, że teraz moja kolej ponownie. Idę na ‚Africa Route” VS 5a. Ma trudniejszy start, a potem to już piękne wspinanie. Czysta przyjemność. Ściągam Docenta i Wojtka.

Dodaj komentarz