Wczesny marzec

Zmotywowany pohukiwaniem członkini Zarządu postanowiłem uporządkować zaległości w uzupełnianiu bloga. Rozpocznę więc od pierwszego brakującego ogniwa – marcowej niedzieli w Podlesicach.Był to 9ty marzec. Pogoda obiecująca, więc postanowiłem odwiedzić nasze Białe Skały, po prawie półrocznej nieobecności, spowodowanej pobytem w Anglii. Ruszyliśmy z Anią na spotkanie przygody, którą personifikował Szwagier mój z kolegą.Dołączyliśmy do nich na Kołoczku, na Brzuchu Buddy, gdzie wykonywali pierwsze przechwyty na rozgrzewkowych klasykach. Skała zimna i zawilgła, ale swojska, nasza! Łkałem roczulony tęsknotą za tym białym i pachnącym wilgocią wapieniem. Ciekawe, że nasz wapień pachnie gdy jest wilgotny. Zauważyliście?Podpuszczony przez Inkę, zaraz po rozgrzewce na jakiejś piątce uderzyłem na VI.1+ co biegnie diagonalnym trawersem po lewej stronie owej skały. Nigdy jej nie robiłem, ale dzięki wskazówkom padła flaszem. Nie powiem, nabiedziłem się nieco!Przemieściliśmy się na Zborów, bo Inek miał tam porachunki w stylu Trad – z ‚Jembasówką’ VI.1+. Tam, na początek powiesił wędkę na filarze na prawo od wielbłąda – słynny klasyk, ale nie pamiętam jego nazwy. Coś ma ‚Prawego’ lub ‚Lewego’ w nazwie (przepraszam za indolencję w tej materii).Dołączyli do nas Jagoda i Sokół, przygnani podobnymi chęciami jak my. Tak więc, przyznam, że całkiem spora 6cio osobowa gromadka już reprezentowała nasze grono w Podlesiowie.Inek rozpoczął walki ze swoją ‚Jembasówką’ ale jakoś nie przeżarło przez kruksa. Nie chciał ofen targać, bo miał już nieprzyjemność wykonania wahadła na tej drodze.Uderzyłem i ja. Z bagażem doświadczeń Trad jaki otrzymałem w Anglii od razu związałem się liną podwójnie – bardzo sprytny zabieg, pozwala na drogach skałkowych mieć komfortową możliwość asekuracji z dwóch lin. Lewą żyłą wpinałem sie do spitów, a prawą wpiąłem do kostki osadzonej pod okapikiem. Dzięki temu mój lot zakończył się komfortowo i bez wahadła. Z oesa oczywiście nici 🙂 Tak mnie tam gieło, że nawet nie umiałem wydolić do góry po bloku! Psim swędem jakoś uciekłem w lewo na filar i dzięki temu udało się szczytować i zlikwidować przeloty.Zwinęliśmy się niedługo później z Anią i pojechaliśmy na obiad do Michała. Szwagier jeszcze podziałał dzielnie, z sukcesem, na ‚Filarze Wyklętych’, który dla każdego z nas jest przecież probieżem formy na początku sezonu.Sokolone z Jagodą udali się jeszcze na Jastrzębnik. A co tam robili, to już ich słodka tajemnica…
Podlesice, 9.III.2008

Dodaj komentarz