Utylizacja Wjazdówki do Moka

Zeszłej niedzieli, ku Tatrom, pomknął brand-new Fiat, a za jego sterami zasiadł sam Prezio. Przy konsoli do sterowania wszechświata dzielnie pomagał mu Czubek, a tylna kanapa, wyściełana mieniącą się w słońcu tapicerką, przypadła w udziale Magdzie i Stecowi.

Cztery niskoprofilowane opony, na wieloszprychowych, lśniących felgach aluminiowych szczęśliwie dowiozły drużynę do Moka, gdzie rozpoczęła się tatrzańska przygoda. Czyż nie jest prawdą, że alpinizm to sztuka pokory? A czy oczekiwanie nie jest pokorne? Retoryczność tych pytań, dość oczywista, dowodzi tylko, że załoga była najczystszej wody alpinistyczna – skoncetrowaliśmy się bowiem na oczekiwaniu. Oczekiwaniu na otwarcie kuchni 🙂 Doświadczenie starszych i temperament młodszych, pozwoliło na osiągnięcie pierwszego celu. Tak moi mili! Zjedliśmy śniadanie!
Morale rosło i malało niczym na biorytmie. Regularnie wysyłani na ganek przedstawciele IPN-u lustrowali ściany, przynosząc co chwile inne wieści. Rozterkom na temat wyboru celu nie było końca. Ale wreszcie konsensus godny statecznej centroprawicy został osiągnięty, pomimo stosowania retoryki, godnej mistrza Andrzeja, przez niektórych adwersarzy porozumienia, faworyzujących wycieczkę na Rysy jako cel nadrzędny wyjazdu!
I tak zespół Magda-Stecu udał się na Mnicha, a Jaca-Jacek na Zerwę. Z obowiązku wspomnę o drugim zespole, jako że szczegółowość raportu będzie mniejsza. Czempioni z udziałem profesjonalnego sprzętu wypożyczonego przez Folwark Montano, kontynuowali prace nad odhaczaniem Wisha. Pomysłodawca planu mówił pod koniec dnia – „Zdobycie linii jest prawdopodobne. Metodycznie to zaplanowaliśmy i jesteśmy zdetermionowani. Ekstremalne trudności wymagają od nas jeszcze jednego dnia patentowania. Ale moment próby ostatecznego prowadzenia zbliża się nieubłaganie. Trzymajcie za nas kciuki.”
Tymczasem…
Po drugiej stronie stawiu pięła się pod monolityczny ostaniec Mnicha kolejna para. Błogosławiąc jakość chodnika zmagali się z huraganowym wiatrem, który, wraz z otoczeniem przeuroczym, zapierał dech w piersiach. Niedługo potem stanęli, w pełni oszpejeni, pod północno-wschodnią częścią Mnicha i rozpoczęli wstępną obserwację linii. „Kant Hakowy” wyglądał groźnie, ale zespół naparł bez strachu! Magda uporała się z pierwszym wyciągiem, Stecu z drugim (nadmieniam jednak, że nie obyło się bez klasycznego A0) i ponownie Magda z trzecim. Bardzo przyjemna wspinaczka, przewodnikowo wyceniana na VII-. Zespół zjechał nowopowstałą linią „Folwark Montano” i jako, że pora wczesna była, dla rozrywki pokonał jeszcze „Kant klasyczny” V+ OS.
Upojeni rozkoszą taternictwa wszyscy udali się aby zatopić się w jego esencji tj. wypić bronka w Moku. Znany z piekarniczego talentu Jaca, naszykował naprędce szarlotkę i przy wtórowaniu bzyczenia muszek i śpiewu Orzechówki perorowaliśmy nostalgicznie o osiągnięciach mijającego dnia.
Na Głodówce doszło jeszcze do spotkania na szczycie z folwarkiem Montano i przekazania symbolicznych insygniów w postaci wiertarki akumulatorowej, prawowitym właścicielom.
Stecu
PS. Morał – z pn-wsch. ściany Mnicha najlepiej zjeżdżać linią „Folwark Montano”. Pierwszy zjazd bez zatrzymywania w stanowisku przy Rysie Marcisza. Drugi do końca, do półek.

Dzięki Magdzie mamy fotki – a są tutaj

Dodaj komentarz