Starcie Maluczkich z Alpejskimi Gigantami

Słów kilka o tym jak Aiguille du Midi grzmiał na Magdę i Steca lawinami, Grands Charmoz pozwolił się obejrzeć z daleka, a Blaitiere nawet dał się dotknąć.

Z gwiazdką pełną szpeju i jedzenia wyruszyliśmy 2 piątki temu ku Chamonix. Owiane sławą zerwy Alpejskich Gigantów majaczyły w naszych umysłach, by po komfortowej podróży, z przystankiem w okolicach Karlsruhe, ukazać się naszym oczom wczesnym sobotnim popołudniem. Chamonix przywitało nas słońcem, gwarem i przepysznym widokiem. Ale silne ciśnienie i presja ku górze, kazały zaprzestać podziwiania widoków i zmusiły do udania się do kolejki.
Doskonale przygotowane zaplecze sprzętowe i żywieniowe okazało się tak ciężkie, że z ledwością wepchnęliśmy plecaki do wagonika kolejki. Szybko zmniejszające się za okienkiem zabudowania Chamonix, świadczyły o tempie jazdy. Radość z owego transportu nie trwała długo, bo kwadrans później staliśmy na Planie. Igły wydały się jakby znacznie większe jak z dołu 😉 Zarzuciliśmy na barki nasze plecaki i baaaardzo wolnym krokiem udaliśmy się w poszukiwaniu Lac Bleu, gdzie miał stanąć nasz obóz. Na szczęście to tylko kwadrans… Łapanie oddechu trwało znacznie dłużej 😉
Namiot stanął w uroczym miejscu, z pełnym komfortem w postaci granitowego stoliczka z krzesełkami i przecudnym widokiem. Bliższa obserwacja celów dała jednak sporo do myślenia. Duża ilość śniegu, świadczyła, że rzeczywiście poprzedni tydzień nie należał do najcieplejszych. Pełni animuszu jednak wybraliśmy cel na niedzielę – „Nabot Leon” 180m TD (5+) na Czerwonym Filarze Aiguille de Blaitierie.
Dobra pogoda w niedzielny poranek napawała optymizmem. Szybko zebraliśmy się i ruszyliśmy pod ścianę. Jakże byliśmy zaskoczeni, gdy żlebik podejściowy wypełniony był całkowicie świeżym śniegiem… No i prożek… Początkowo zaatakowany bez asekuracji, po chwili pokazał swe pazurki. Pełen śniegu, żwiru… Po prostu przewieszony, kruchy żużel 😉 Aż się w połowie zaczęliśmy asekurować. Półtoragodzinne podejście nieco się przeciągnęło, ale wreszcie stanęliśmy pod drogą. Udało się ją zlokalizować dość szybko, aczkolwiek „Easly visible bolthanger” zdołał się ukryć naszym oczom – jak się okazało po chwili był na swoim miejscu… Zaczęliśmy się wspinać – droga bardzo ładna, ale owe piątki nie raz, nie dwa kazały się natężać. Stanowiska ze spitów i czasem zdarzający się stały przelot – słowem czysta przyjemność. Po 5ciu wyciągach stajemy na wierzchołku, kilka fotek i zjeżdżamy drogą. Bardzo zadowoleni 😉 No jeszcze musimy jakoś pokonać ów paskudny prożek, ale okazuje się, że znajdujemy spit, który wykorzystamy do zjazdu.
Piękny wieczór snujemy plany na dzień kolejny. Staje na tym, że wykorzystamy go na rozpoznanie podejścia i zejścia na Charmoza, aby nie zostać zaskoczonym jak na Blaitierze. Tak oto słoneczny również poniedziałek spędzamy na spacerach. Podchodzimy lodwcem Nantillons pod Charmoza. Mamy chrapkę na drogę Pilier Cordier, którą Czubek zrelacjonował jako dłuuuuugą i piękną. Prawdziwy alpejski klasyk. Zadowoleni z wykonanego rekonesansu wracamy do namiotu, optymalizując przejścia przez moreny lodowca Blaitiera. Jako że pora wczesna wypijamy jeszcze małe piwo w barze przy kolejce, podzwiając przepiękne okolice, ale i nietuzinkowe osobowości wysiadające z wagonika. Kulturowy tygiel… Brytyjki w kurteczkach wyłącznie na biuście… Szejkowie… Murzyni… Wieża Babel 🙂 Ale czas wracać do namiotu i nastawić budzik na trzecią.
Niestety to nie budzik nas obudził. Był to deszcz stukający w napięty materiał namiotu. Morlale natychmiast spadło, a budzik został przesunięty na później. Nici z Pilier Cordier. Nad ranem okazuje się, że wszystko mokre dookoła, włącznie ze ścianami 🙁 Ale wciąż jeszcze ambitni próbujemy zaatakować „Voie Contamine” 300m 6a, na Aiguille du Peigne. Długo wierzę w sukces, pomimo że ściana cała mokra. Dopiero podejście pod samą ścianę po śnieżnym polu studzi mój zapał. Pierwszy czwórkowy wyciąg jest całkowicie mokry. Wycofujemy się skruszeni i postanawiamy, w nieco minorowych nastrojach, udać się drogą Voie Normale na Peigne. Jest to droga zejściowa więc nie oczekiwaliśmy przerażających trudności 🙂 Okazało się jednak inaczej – i tak oto staliśmy się samoistnymi autorami (choć robionego już pewnie wcześniej) wariantu, który roboczo nazwaliśmy „Środkiem filara kuluaru Motyli” 120m o trudności IV. Dotarwszy do wysokości 2800m nie mamy już za bardzo ochoty na dalszy marsz Voie Normale (do której wreszcie dotarliśmy) i zjeżdżamy na dół. Popołudnie jak zwykle przepiękne. Znów myślenie co dalej. Za radą Docenta postanawiamy zmierzyć się z modernistyczną drogą, bo tam i asekuracja lepsza… To mamy cel „Deux Goals” na Blaitierze. Jeden wyciąg 6b, do tego 6a+, 6a, 5. Wygląda dla ludzi.
Środa rano. Znów zamiast budzika deszcz. Ociągamy się więc i przesuwamy wyjście. Wreszcie jednak czas wyruszyć. Podczas podejścia okazuje się, że po śniegu ani śladu. Chyba jednak woleliśmy nie wiedzieć co pod spodem. Piarg pełen mokrego żwiru, osypujący się spod nóg. Odkrywamy jednak właściwe wejście pod Blaitiera – co z tego, nie mamy tym razem raków i nie pokonamy stromego, twardego śniegu, prowadzącego ku kopczykowi. Znów zostaje pięcie się w górę przez zażużlony prożek. Tym razem wiążemy się jednak od razu. Podchodzimy wreszcie pod drogę, ale ona wciąż mokra. Niby sucha, niby mokra… Magda atakuje. Wyciąg V, mokre i zaglonione V, aby je pokonać musiała wycofać się w połowie i zbierać szpej! Idąc na drugiego gały wyłaziły mi prawie bez przerwy – wielki szacun dla prowadzącej. Drugi wyciąg nieco omyłko pokonany zbyt w prawo, więc dochodzi przegięcie liny 🙂 A to 6a+… Tempa nie mamy. Teraz moja kolej na wyciąg 6b. Gładko pokonuję trudność przepinając się między dwoma spitami, wbitymi na szczęście wystarczająco blisko 🙂 Teraz ryska 6a. Parszywie się rozszerza jej kąt uniemożliwiając asekurację, próbuję parę razy, ale nie mogę się przemóc. Choć 6m wyżej majaczy hak… Wracam do stanowiska. Magda też nie ma ochoty próbować. Zjeżdżamy zatem.
Po powrocie do namiotu szybka decyzja o zwijce, bo w czwartek ma przechodzić front, mocno deszczowy. Wieczorem siedzimy sobie na kampie koło Argentiere i sączymy winko. Ranek wita nas szarymi chmurami i deszczem, więc ruszamy na objazd jeziora Genewskiego. Po drodze zwiedzamy Lozannę i Genewę. Pełna turystyka 🙂
Piątek wita nas umiarkowaną pogodą – przynajmniej nie pada. Chcemy obejrzeć lodowiec Mer de Glas. W celu tym udajemy się do kolejki Montevers aby ulżyć sobie nieco. Niestety uszczuplone przez rozpustę w kampingach finanse nie pozwalają na komfortowy wjazd. Musimy podejść z buta 😉 Ale za to wykręcamy niezły czas na podejściu. Mer de Glas imponujące. Szkoda, że Dru i Żorasy w chmurach. Robimy długą wycieczkę orograficznie lewym zboczem lodowca, szlakiem w kierunku schroniska pod Dent du Requin. Cała podróż eleganko rejestrowana gpesem okazała się 22km wyrypą po górach.
Sobota – takiego bluskaju jeszcze nie było! Idealny. Co z tego, jeśli wykorzystamy go wyłącznie do suszenia namiotu i szykowaniu się do powrotu. Jedziemy tak samo, z postojem w Niemczech, tym razem w okolicach Chemnitz. W południe w niedzielę jesteśmy w Gliwicach.
No swoje obejrzeliśmy, ukryć się nie da! Plan rozpoznaliśmy 🙂 Szwajcarię zwiedziliśmy. Tydzień bogaty… No tyle, że wspinania jakby niedosyt. Ale w zasadzie – prawie trzy drogi w tydzień 🙂 Hehe. No nie da się ukryć, że w takie miejsca należy jechać na dłużej. Tydzień to zdecydowanie za mało. Potraktujemy to myślę jako rozpoznanie rejonu ogniem, przed przyszłymi atakami 🙂
Stecu

Dodaj komentarz