Sardynia – włoskie inspiracje

 

Drodzy miłośnicy wspinaczki. W te wakacje, we wrześniu, udaliśmy się z mężem na Sardynię w celach plażowo-wspinaczkowych. Oba cele zostały osiągnięte w stopniu bardziej niż zadowalającym. Wspinania jest tam w bród, a plaże ciągną się, gdzie się nie spojrzy.

Na wyspę zabrał nas rajaner z Krakowa. Wylądowaliśmy w Cagliari. Wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy przed siebie. Obraliśmy kierunek północno-wschodni. (Niestety bez samochodu za dużo się na Sardynii nie zwojuje, bo prawie że nie istnieje tam coś takiego jak transport publiczny.)

Przygodę ze wspinaniem rozpoczęliśmy w regionie Ogliastra, a dokładnie w Jerzu i Ullassai. Są to wioski położone wysoko w górach, otoczone przez wspaniałe wapienne bloki skalne. Widok ten jest tak zachwycający, że tylko dla niego warto tam pojechać. Skały niemalże pochylają się nad wioskami, a gdy do nich podchodzimy, zauważamy, że są wyjątkowo gładkie 🙂 Jerzu słynie z technicznego i bardzo trudnego wspinania. Są to często płyty, mini krawądki, często też zacięcia, ryski. Umordowaliśmy się na szóstkach a i b, naprawdę się umordowaliśmy… Żeby tam zacząć się wspinać na jakimś wyższym poziomie, trzeba naprawdę dużo czasu i praktyki, aby się tego wspinania nauczyć. Jerzu słynie też z produkcji rzekomo najlepszego wina na całej wyspie, które oczywiście zakupiliśmy w ilościach sporych. Poza tym mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do wspinaczy, a kawa w kafeterijach jest taniutka 🙂 Mamy patent na spanie, jakby ktoś potrzebował.

Ullassai to rejon dopiero rozwijający się – skał jest tam na pewno więcej niż w Jerdzu… A potencjał – w ogóle niewykorzystany (JESZCZE).

Po dwóch dniach ruszyliśmy do Cala Gonone, odwiedzając po drodze Baunei (stamtąd robi się trekking do słynnej turnicy – Cala Goloritze, na której istnieje kilka podobno fajnych wielowyciągówek, w pełni obitych – zostawiamy na następny raz). W Baunei zostaliśmy jedynie na lunch, który zjedliśmy w towarzystwie osiołków, byków i kóz, które sobie luzem biegają po równinkach. Przeżycie bezcenne.

Cala Gonone – miejscowość turystyczna i droga (miejsce na kempie 15 euro od osoby, najtańsze kwatery we wrześniu 25 euro od osoby). Nie można tam się rozbijać gdzie bądź, co zresztą jest ideą słuszną, bo obrzeża miasteczka są obsrane tylko przez istoty, które mogą to robić, czyli kozy. Na szczęście, bo ceny nas trochę zniechęciły, przewodnik Lonley Planet poleca zatrzymanie się w agroturystyce, która znajduje się przy wjeździe do miasteczka. Miejsca na polu namiotowym kosztują tam 8-9 euro, ale dostaje się luksus – swój teren, wyraźnie wyznaczony, całkiem duży, swoje światło, swoją ławkę i stół. Łazienka jest wspólna i bardzo przyzwoita. Dodatkowo można tam zjeść owieczkę wieczorem, którą to zarżnięto tego samego dnia rano – takie tam poranne efekty dźwiękowe. Pojechałabym tam dla samej kolacji z owieczką. Gospodarze podają posiłek kilkudaniowy, popijany winem, i sami wszystko przygotowują – od makaronu, przez mięso, aż po deser zapity słodką wódką Mirto.

Cala Gonone to tez najpopularniejszy rejon wspinaczkowy na Sardynii. Co jest niesamowite, to to, że każdy podrejonik jest inny. Znajdziemy tam moją ukochaną Poltrone, jakby spływającą z gór wapienną płytę, połogą i pionową, oferującą wspinanie na drogach wielowyciągowych do 150 – 200 m. Nad samym morzem mamy boską plażę wspinaczkową Cala Luna, z krótkimi, ale treściwymi drogami w przewieszeniu. Są też groty Biddiriscottai i Millenium (do tej ostatniej nie dotarliśmy niestety) ze wspinaniem po długich, nawet 30 metrowych drogach w czerwonym wapieniu, dobrze uklamionych i oczywiście solidnie przewieszonych. Są też rejony w pobliżu Cala Gonone, choćby słynny Hotel Supramonte, ale tych nie zawarliśmy w naszym wspinaczkowym planie.

Jeśli chodzi o wspinanie latem, to da się, ale w cieniu, chociaż nad samym morzem jest to nieco utrudnione przez zasoloną skałę. Moją faworytką była Polotrone, gdyż nie dość, że super mi się wspinało (wreszcie nie trzeba dymać z buły!), to jeszcze zrobiłam tam rzecz dla siebie niesamowitą, czyli zdobyłam się na prowadzenie 3. wyciągu za 6a+, który nie był łatwy (Mario potwierdzi) i na wszystkich 50 metrach był bardzo równy z miejscami. Wyjścia nad przelot spore jak dla mnie. Mariuszowi ogólnie bardziej podobały się przewiechy, wiadomo.

Mnie się bardzo podobały 2 rzeczy w Cala Gonone: pod grotą była spiaggia di naturisti, więc po wspinaniu wiadomo (przed wspinaniem też), a na Cala Luna, chcąc zmienić koszulkę na bikini, po prostu się ją zmienia, bo przecież chodzenie w toplessie to tam normalne – jak są Niemcy, jest golizna!

Po kilku dniach zerwał się mistral i, jak się przekonaliśmy, był to wiatr parszywy. Trzeba było się ewakuować znad morza. Schronienie znaleźliśmy w Isili. Jest to dolina w środku wyspy, która ma kilka skał, ale za to jakich! Wspinaczkowo były to dwa najbardziej intensywne dni. Dla kogoś, kto ładuje na baldzie, jest to rejon świetny! Wspinanie jest tam praktycznie tylko w przewieszeniu lub w dachu. Jak ktoś szuka 5c w przewieszeniu, to tam właśnie je znajdzie. 6c w dachu? Proszę bardzo! Drogi są raczej kilkunastometrowe, ale uklamione, przyjaźnie obite i jedna obok drugiej. Gdyby nie to, że nie ma tam nic poza wspinem i dobrą pizzą w miasteczku, pewnie zostalibyśmy tam na dłużej. Spać można w dolince, ale jest totalnie obsrana przez kozy. Rzekomo są tam jakieś B&B, jednak ogłoszeń brak.

Z Isili pojechaliśmy nad morze, ale na zachód, w rejon Masua. Tam to było bosko! Plaże są piaszczyste z wydmami, a wspin jest w morzu (Pan di Zucchero), z morza – piękne klify Scogliera di Porto Flavia, obok morza – Tirrioni di Masua i w okolicy Buggeru – uroczej miejscowości nadmorskiej. Wspinaliśmy się tam szczególnie w rejonie Cuenca del Cabron. Skała zupełnie inna – wspinanie po ściskach w przewieszeniu, raczej rejon dla tych, co na luzie robią 7c. Ale wspin niesamowity!

Masuę szczególnie polecam jako alternatywę dla Cala Gonone. Prawie nie ma tam ludzi, można się rozbijać na parkingach (we wrześniu już bezpłatnie). Trzeba się rozejrzeć za ujęciem wody, więc jakby się kto wybierał, to pytać, bo wiem, gdzie jest dobra i darmowa woda i spanie. No i jest taniej, o wiele taniej.

Wpadliśmy jeszcze na jeden dzień do Domusnovas. Jest to rejon najbliżej Cagliari i jeden z bardziej popularnych, z piękną grotą Grotta di San Giovani, która jest bezpłatną atrakcją turystyczną – 850 metrów tunelu wydrążonego przez wodę. Pospinaliśmy się tylko w okolicach groty, ale ponieważ skały były obsrane przez gołębie, było to mało komfortowe, ale drogi ładne. Do Domusnovas pojechałabym na pizzę i wino (super restauracja przy grocie). Na pewno nie pojechałabym tam drugi raz na nocleg. Wszyscy polecają spanie w gaju oliwnym za kościółkiem, ale z gajem graniczy zagroda pełna byków i krów, które wyją jak powalone przez całą noc. Myślałam, że zwariuję. To nie była la bella musica!

Dla mnie Sardynia wyprzedza Kalymnos! Zdecydowanie nie siedzi się tam w jednym miejscu i zdecydowanie wspinanie jest bardziej różnorodne, a mnie się znudziło ładowanie i szukam dalej. Na pewno tam wrócę i na pewno jest to miejsce, gdzie można pojechać z ludźmi, którzy niekoniecznie marzą tylko o wspinaniu. Można tam plażować, nurkować, wind surfować, uprawiać trekking i wiele, wiele innych.

Dodaj komentarz