Południowe Szczelińca

Odwiedziliśmy z Anią rodzinkę pod postaciami Karo, Agi i szwagra w Kudowie Zdroju, podczas ich urlopu.

I dzięki owej wizycie mieliśmy okazję spędzić sobotę na Południowych Szczelińca i porobić dróg parę. Szwagier się nie rozdrabniał i od razu mocno zaatakował, znaną już sobie wcześniej linię ‚Egzamin Popawkowy’ VIIIc. Tym razem przesunął poziom eksploracji o ringa wyżej i dotarł do ostatniego. Nieco po palach, ale przynajmniej przeloty już wisiały.

Ja nie czułem się na siłach od razu tak wysoko atakować, więc zacząłem łatwo od ‚Wspólnej Radości’ VIIa. Pierwszy (i jedyny) ring dość jest wysoko, bo gdzieś na 10m, ale wcześniej siadł węzeł w poziomej rysie i drugi płaski w takiej przerwanej przelotce. Po wpince do ringa mi się od razu poprawiło, i pouczony, że nie tą rysą idę przez Łodzian, kontynuowałem nk poprzez rysę z dobrym klinowaniem rąk. Ściągnąłem Inka do siebie i umiejętnie zjechaliśmy z drzewa, przy pomocy misternego patentu bez przeciągania liny.

Szwagier poradził abym szedł od razu na ‚Egzamin…’ bo byłem rozgrzany. To naparłem szczerze. Fleszował mi spawnie Inek i dzięki powieszonym przelotom, szedłem dość sprawnie, ale w kruksie mnie zastopowało i wziąłem bloka. Potem, stając na ringu poszedłem dalej i wpiąłem się do ostatniego. I zacząłem sobie opykiwać kruksowe ruchy. Jakaś mi powstała magia, którą z ledwością przechodziłem z górną aserkuracją, tak więc nie deliberowałem tam już dłużej tylko zjechałem i oddałem pole Szwagrowi.

Inek również sporo kombinował, ale summa summarum, podobnie do mnie pokonał kruksa. Dodam, że rónież na wędkę. Przerosła nas ta droga. Na prawdę jest trudna! I o niebo jest trudniejsza od ‚Spinacza biurowego’, który ma przecież wycenę IXb!

Łaziłem jeszcze chwilę szukając jakiegoś umiarkowanego celu i zdecydowałem się na polecone przez Inka ‚Strachy na Lachy’ VIIc. Miałem tylko uważaj na żylety przy pierwszym ringu bo dość dudniące. Nim do nich dotarłem trzeba się było raz napiąć i chwilkę pokombinować, mając za aseukrację jakąś szemraną taśmę za róg zarzuconą. Potem rejs po klamach do drugiego ringa i techniczne wyjście, wymagające chwili kminienia. Potem węzełek i przytkało mnie! Nie wiedziałem jak zapalić, pokonać trzeba taki brzuch obły, ale ciężko ze stopniami. Dorzuciłem jeszcze jeden węzeł, tak na poprawę humoru i z podchwytu wyszedłem wrzucając wysoko prawą nogę. Zagrało. Potem jeszcze dość czujnie po obłych bambułach na krawędź. No jak spojrzałem w dół, to do ringa sporo było… A po drodze w zasadzie jeden węzęł… Uroki Hejszy! Ale droga śliczna, w zasadzie łatwa, ale wymagająca technicznego pomyślunku, bo chwytów jakoś nie widać i trzeba się nakombinować.

Ściągnąłem Inka i piechotką zeszliśmy jakimś kominkiem w dół z krawędzi. Koniec to był wspinania. W celach konsumpcyjnych udaliśmy się z Anią piechotką, przez Pasterkę, do Ostrej Góry, gdzie przekroczyliśmy nieistniejącą granicę i udaliśmy się na obiad. Po chwili dołączyli do nas Karo, Aga i Inek. Klasyczny wyprażany syr, jak zawsze smakował.

Wrócilimśmy do Kudowy, gdzie dokończyliśmy dnia lodami w Parku Zdrojowym niczym prawdziwi kuracjusze.

Szczeliniec, 21.VI.2008

Dodaj komentarz