Po dwakroć Osterwa!

Wreszcie się udało! Pomimo niekorzystnych nieco prognoz na weekend zdołaliśmy się wybrać w Tatry.
Jako że to wyjazd pierwszy, więc wybraliśmy miejscówkę nieodległą od cywilizacji (czyt. auta) i skoczyliśmy na Osterwę. Dojazd rzeczywiście całkiem był przedni, bo wyjechawszy z Gliwic o 6tej z minutami, już o 11 wbijaliśmy się w pierwszą drogę. A była nią linią Dieška-Halás-Marek o trudności VII-. Docent prowadził wyciągi 1, 2 i 5, a ja 3 i 4. Mniej bowiem mi przypadał najtrudniejszy wyciąg, w efektownym zacięciu. Stanowiska z ringów i sporo haków, a nawet po ringu w trudnościach na wyciągu drugim i czwartym, umożliwiły sprawne pokonanie linii. Bardzo ładne wspinanie i w zasadzie to nie bardzo wymagające. A mityczny kut, to więcej stachu jak trudności 😉

Jako posiadacze 60m liny zjechaliśmy do podstawy dwoma zjazdami. Niestety nie wszystko poszło gładko, bo przy zrzucaniu liny paskudnica tak się zatarła, że nijak nie chciała wyleźć. Trza było się po nią wspiąć. Los (pod postacią kamyczka spod ściany, w zaciśniętej pięści) wybrał, że to ja pójdę. Miałem więc okazję poprowadzić pierwsze 2 wyciągi, w celu wygrzebania drugiej żyły. Zresztą to nawet dobry pomysł, by tak tę drogę prowadzić czyli zrobić pierwsze 2 wyciągi na raz.

Uporaliśmy się z linami i o czternastej zaczęliśmy się rozglądać za kolejną linią. Padło na Trojkráľové limby VII, na które mieli ochotę Magda i Czubek, ale nie dojechali 😉

Droga z wyglądu honorniejsza i pomimo że przewodnik opisywał wyłącznie jeden trudny VII wyciąg, to ostrzegano w aktualizacji, że jest wyraźnie niedoceniona. Tym razem ja zaczynam, prostym wyciągiem, z bardzo bogatą roślinnością. Łopiany, drzewka… Ale wspinanie nawet nieewidentne. Docieram do stanowiska ze spitem i po chwili dołącza do mnie Docent. Teraz jego kolej, startuje trawersem i diagonalnie w lewo. Potem mi niknie z oczu, ale lina nie porusza się w zabójczo szybkim tempie. Pomimo że to piątki. Słyszę wreszcie ‚mam auto’ i po minięciu diagonalnej ryski już wiem czemu nie poruszała się szybko. Takie jakieś czujne ruchy, po obłych podchwytach, ciężko zapalić z półki, do tego troszki mokro i asekuracja mizerna… Jak to Docent określił ‚słowacka piątka’. Kolejny wyciąg w jego wykonaniu – tym razem kruksowa siódemka. JUż widzimy gdzie kruks – to pozioma ryska na ręce, z całkowitym brakiem stopni, prócz jednego, ale bardzo wysoko. Dzięki małym frendzikom, dobrze się tam zaasekurował i naparł dzielnie. Widać, że łatwo nie ma. Dotarł do klamy i zarzucił pętle za zęba i troszkę wyżej wpiął do haka. Myślałem, że już łatwo. Ale dostałem dyrektywę wzmożenia czujności ‚bo wcale nie puszcza’. I w zasadzie nie puściło aż do stanowiska! Jak szedłem na drugiego, to się też nieźle napinałem, bo wyciąg niby po klamach, ale taki nieewiednty i cały czas ciągnie. Wypompowany dołączyłem do Docenta, gdzie usłyszałem, że mogę ostatni zrobić sobie, bo on tak już nieco się zdrenował. Nie dziwię mu się. Trochę wiało grozą od tego ostatniego wyciągu… Ale nie taki diabeł straszny jak go malują. Asekuracja była doskonała, a wyciąg był eksponowaną mocno piątką, z jednym trudniejszym miejscem, gdzie trzeba było się zdecydować zapalić z półki (wycena tego miejsca w nowym topo VII-). Prawdę mówiąc, to ostatni ten wyciąg, to taka nagroda 😉

Zjechaliśmy tym razem bez przygód i też na 2 razy. Lina 60m idealnie się sprawdziła. Była 18ta, więc nie jakoś strasznie późno. Znaczy dwie drogi na Osterwie, da się zrobić…

Zjedliśmy sobie jeszcze słowacki obiadek i długa do domu. Niestety okazało się, że zakopianka nie jest tak płynna jak rano i pod Myślenicami zaczęły się korki, trwające z małymi przerwami aż do zjazdu na banę. Chyba na powrót warto rozważyć jakieś inne warianty tej końcówki zakopianki. Tak czy siak, parę minut po północy byliśmy w domku.

Osterwa, 6 czerwca 2008

A fotki oczywiście w galerii.

Dodaj komentarz