Piz Badile & Dolomity Weight Loss Challenge

Bieżę podzielić się wrażeniami z niedawno zakończnonego wydarzenia jakim był tytułowy PB&DWLC. Oto krótka relacja jak para najdzielniejszych alpinistów KW straciła cenne kilogramy obywatela na szwajcarskiej i włoskiej ziemi.

Z iście kronikarską precyzją zainicjuję historię motywem wyjazdu, który nastąpił w sierpniową sobotę. Na pokładzie niezawodnej magdzinej gwiazdki, obutej w 4 nowe opony zasiadła para członków KW pod postaciami Magdy i mnie. Nie czyniąc zadość standardowemu hamowaniu w rowie dokonaliśmy teleportacji ku górzystej szwajcarii, by jeszcze tegoż samego wieczora, rozłożyć się za kupą drewna z słynnym St Moritz.
O poranku, w dość chłodną niedzielę udaliśmy się na poszukiwania sklepu, bo logistyczne niedociągnięcia pozbawiły nas palnika 🙂 Na szczęście udało się, aczkolwiek nie w St Moritz i nie o 8 rano tylko w Pontresinie o 17. Ale dzięki temu, mogliśmy spokojnie wnosić przez 2 dni wory pod owego Badila. A oto i on:

Automatyczny system przesyłania pogody smsem do Magdy działał profesjonalnie (jeszcze) i zapowiedział ładną pogodę więc atak szczytowy na Kant Północny (1250m, IV) ustalony został na wtorek. Pobudka o 3.45, delikatne kitranie się w śpiworkach, potem chwilka dymanania pog górę i o 6 rozpoczynamy wspinaczkę. Droga łatwa, idzie się ślicznym kantem. Jak się okazało dupnięcie pogody w poprzednim dniu przestraszyło gawiedź i prócz nas na kancie był jeden tylko zespół! Byli to szybkowspinający się ratownicy, co nas wyprzedzili, a potem z wierzchołka odlecieli śmigłowcem – szczęściarze 😉 A my spokojnie kontynuowaliśmy race ku górze, obserwując coraz niższą temperaturę. Na grani podszczytowej dobrze już pizgało, a z lodu i śniegu porobiły się piękne formy. O 14 stanąwszy na piku posililiśmy się betonikami (rodzaj zamarzniętego w plecaku batonika) i rozpoczeliśmy podróż w przeciwnym kierunku – ku dołowi. Wybraliśmy wariant zjazdów na włoską, południową stronę i na piechotę przez passo Porcelizzo i passo Turbinasca. Jak się okazało słowa „for fit only” opisujące pokonanie tej trasy w jeden dzień miały coś na rzeczy 🙂 Gdyż o godzinie 22, po zagubieniu ostatecznym szlaku, w odległości 100m od namiotu (tyle że pionowego urwiska) udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Wędrowcy rozłożyli się na miękkich kamieniach, przykryci pierzynami nrcetek, usiłując zamknąć na dłużej znużone oczki. Nie było łatwo 😉 I już o świcie znów na nogach, migusiem znaleźliśmy nieodległy szlak i po godzince byliśmy w namiocie.
Dzień resta jak to dzień resta mi minął na śnie i jedzeniu i permanentnym lustrowaniu ściany. Niestety po południu walnęła burza, taka ze śniegiem i gradem. Przypruszyła Badila siwizną, co oczywiście nie przeszkodziło nam szykować sie do kolejnego ataku szczytowego. Tym razem na drogę Cassina (750m, VI). Pobudka o 3.45 i wizja lokalna nieba – okazało się, że rokuje więc znów około 6 jesteśmy w uprzężach. Tym razem śniegu więcej i to już na dole. Nim wejdzie się w Cassina trzeba przejść po półce, w poprzek całej prawie pn-wsch ściany. Okazało się, że mocno jest zawalona śniegiem i powoli to szło dość. Startujemy we właściwe wspinanie o 7. Początek po połogich trawersach IV, ale przy suchej skale, my mamy śniegi i wodę wszechobecną więc wydaje się o wiele trudniejsze 😉 Dołącza do nas zespół – para Holendrów, zawsze to raźniej. I tak posuwamy się początkowo trawersami, i wreszcie ku górze. W drugiej części droga się „pionizuje” i pojawiają się wyciągi V, VI. Mnie się trafia jeden kruksowy wyciąg, a Magdzie drugi, gdzie z gracją siedemnastokrotnie większą jak Cassin – pierwszy zdobywca, pokonuje gładki komin, który nie miał żadnych zaczepników! Po kominach zostają jeszcze dość kruche, połogie płyty pod szczytem i o 18 stawiamy się na grani. Decyzja zapada aby w dół udać się zjazdami przez Nord Kant. Jazda parszywa, bo zjazdy zawiłe i połogie. Połogi zjazd pokarmem dla chłamiącej się liny. Jak się okazało o zmierchu dotarliśmy dopiero do półek na wys. około 2900, gdzie postanawiamy przekiblować. Magda wypatrzyła piękną półkę biwakową, obłożoną kamieniami, tylko że w aktualnych warunkach calutką zawaloną śniegim. Ale przy pomocy kasków wykopujemy piękny barłóg, i rozkładamy się na linach. Tym razem nrcetki grzeją jeszcze mniej, ale opanowana do perfekcji metoda „na łyżeczkę” żywcem wzięta z kamasutry, oraz regularne zmiany boku pozwalają doczekać do rana. Nie przypuszczam, abyśmy coś pospali, ale ciężko wyczuć 😉 O świcie zwijamy barłóg i okazuje się, że leżące pętle i liny zamarzły!! No cóż, jak nic był minus… Wracamy do zjazdów, mijając zespoły, które właśnie rozpoczęły wspinaczkę. A taka rada, podpatrzona u Szwajcarów – aby im się nie chłamiła lina, opuszczają się w stanowisku, dopiero drugi zjeżdża normalnie i zrzucają lano. Kto wie, może gdybyśmy to wiedzieli wcześniej nie było by kibla?
Tak czy siak o 10 już się kładziemy do śpiworów. Obolałe ręce świadczą, jak dobre ma alpejski grani tarcie 🙂
Niestety pogoda zaczyna być nieco gorsza i po kolejnej burzy, gdy Badil robi się „biały” do połowy postanawiamy udać się w rejony cieplejsze.
Na pierwszy ogień idzie jezioro Lecco i Como koło Mediolanu. Woda ciepła!! Skały takie sobie, ale pewnie trafiliśmy do bardziej parchatego rejonu, bo jest ich w okolicy jezior kilkadziesiąt. Jednak decydujemy się pojechać w Dolomity. W dolomity, które witają nas dość ciągłym opadem deszczu, ale z prognozą optymistyczną (na jeden dzień). Który skrzętnie wykorzystujemy aby zrobić Abrama (VII, 350m) na Piz Ciavazes. Droga pada A0, po odpadnięciu moim w kruksie gdzie wykonać należy trawers pod okapami, ale niestety cały był mokry po nocnych opadach 🙁 Jak się okazuje, pogoda już się nie poprawia od tego momentu, raczej pogarsza. Stąd wyjazd do Wenecji, aby podziwiać arcydzieło średniowiecznych budowniczych, którzy całą Istrię pozbawili drzew, aby tego cukierka na wodzie wybudować! Jeszcze i wycieczka piesza z tabunem emerytów dookoła Sassolungo i ostateczne podejmujemy decyzję o powrocie do kraju.
Kraju, który przywitał nas słońcem i ciepłem 😉 Ech słoneczna Italia – mrzonka!
I tak oto szczęśliwi powróciliśmy z wakacji, a excelowy kapowniczek rozszerzył się o kolejne 3 bigwallowe (szkoda, że „tylko” 3) drogi.
A czemu Weight Loss Challenge?? To już waga może tylko powiedzieć – cyfry nie kłamią 😉

Stecu

PS. I zapraszam do oglądania fotek (duże wersje są na FTP, gdzie dałem też wszystkie przewodniki i informacje jakie znalazłem o Badilu), a stronka z galerią jest tutaj .

 

Dodaj komentarz