Piknik

W sobotę zjawił się sam kwiat – elitarna grupa Nie-Zważających-na-Prognozy. Parcie na wspin było silne, drogi padały jak muchy, choć od pewnego momentu tylko do okapu. Około 16-tej, kiedy już wszyscy nawspinali się do woli, przeszliśmy do zaspokajania pozostałych ludzkich potrzeb, czyli potrzeby ciepła i pożywienia. Żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, postanowiliśmy podgrzać i osuszyć Maćkowi Władcę. Tymczasem Maciek wdrażał praktycznie zaczerpniętą z internetu wiedzę survivalową – wyszukiwał suche świerkowe gałązki w mokrym lesie – całkiem skutecznie, bo z niewielką pomocą palnika wkrótce uczyniliśmy ogień. Zrobiło się błogo i zaczęły pękać lodówki podróżne. Maciek uczył nas ostrzyć nóż zgodnie z kierunkiem przypływu energii kosmicznej, a Andrzej prezentował psa wytrenowanego na wzór kormoranów służących Chińczykom do polowań na ryby. Ze dwie godziny później zjawił się prezes – jako że przestało padać, siłą woli wyciągnął nas spod okapu na otwartą przestrzeń, gdzie też własnoręcznie przeniósł ognisko. A potem już konsekwentnie realizowaliśmy definicję pikniku [wycieczka poza miasto połączona z zabawą i zjedzeniem zabranej ze sobą żywności] – z karkówką z grilla w roli głównej. Powstały plany 2 wyjazdów klubowych (i 3. w zarysie) oraz 1 plan kupna motoru. Nie odbyły się zawody speedwaya dookoła Okiennika, co należy zaliczyć do sukcesów, a ja wygrałam przetarg na psa odchudzającego. Tak to płynnie przeszliśmy do niedzieli – a w niedzielę już wszyscy byli, więc wiedzą co się działo – atmosfera sportowa, a jednocześnie rodzinna, słońce, plaża, dostawa świeżych lodów pod skałę i tylko jedno drobne obrażenie wymagające zaopatrzenia medycznego.

Dodaj komentarz