Pembroke

Niewiarygodne przygody inzynierow z Fluora, ktorzy na przekor Anglikom odwiedzili Walie.

Przenikliwy jazgot budzika zadzwieczal punkt piata w sobotni poranek. Zmusilem sie by otworzyc oczy i probowalem przebic wzrokiem przenikliwa ciemnosc brytyjskiego poranka. Unioslem sie na lokciach by spojrzec na niebo, by upewnic sie czy prognoza nie byla tylko wrozba z fusow, jak zwykl mawiac na brytyjskie prognozy, Docent. Na szczescie pomimo panujacych ciemnosci niebio wygladalo obiecujaco.
O szostej Docent konczyl konsumowac sniadanie, gdy otrzymal znaczacego smsa. Tak, okazalo sie, ze Sari (Finka) i Grzesiek (Krajan) juz czekaja na nas pod domem. Nastapilo jeszcze przepakowanie bambetli i ruszylismy naszym Vauxhallem w droge. Piekna pusta autobana! Dziekuje bardzo Anglikom, za ich niechec do Walii i Walijczykow, bo nikt tam nie jezdzi. Ba! Powiem wiecej lokalski odradzali nam ten wyjazd, jako calkowicie bezcelowy 😉 Ale dzieki temu migusiem przedostalismy sie na drugi kraniec UKeju i o 10tej z minutami ujrzelismy Atlantyk.
Pembroke – raj dla wspinaczy. Klify o wysokosci dochodzacej do 50m, a moze i wiecej bo widzielismy tylko ulamek procenta, z szarego wapienia, silnie urzezbione i spekane. W dotyku skala podobna do paklenickiego Stupu, niekiedy rownie ostra. Na popularnych drogach lekki wyslizg, ale baaaardzo mu daleko to Komina Lechfora.
Na pierwszy ogien idzie St. Govans – zgodnie z przewodnikiem, rejon od ktorego powinno zaczynac sie przygode z tymi klifami. Zjezdzamy na niby plaze, szczesliwie nienarazana na plywy, wiec zawsze sucha, z nonszalancko wbitego w ziemie preta. Wyglada podejrzanie, ale tak sie tutaj robi 😉 Co kraj to obyczaj… Docent nieco ubolewa, ale jego line zostawiamy jako porecz i po niej bedziemy zjezdzac do podstawy klifu po skonczeniu drog.
Jako szczesliwi posiadacze topo Rockfaxa, zamierzamy robic tylko drogi wielogwiazdkowe lub z Top50. Na poczatek cos na rozgrzewke: Docent prowadzi ‚Army Dreamers’ HVS 5a. Sciaga mnie na gore i natychmiast jedziemy na dol z powrotem by kontynuowac. Tym razem ja ide na pod ostrzal na froncie (‚Front line’ HVS 5a), droga nieco bardziej ciagowa i wytrzymalosciowa.
Docent nie zasypia gruszek w popiele i podnosi poprzecze – The Arrow E1 5b – klasyk rejonu. Mnie zaczynaja przechodzic ciarki jak prowadzi, bo woda sie podnosi, fale tluka o kamienie, ale Docent z wielkim spokojem konczy i sciaga mnie na gore. Nie bez kozery droga jest klasykiem. Przepiekna linia! Znow moja kolej. Wybieram sobie Piggy’s Crack E1 5b. Prostuje nieco u dolu, aby uniknac dziwnego startu z trawersem i wchodze poczatkiem sasiedniego ‚Johna Wayna’. Niestety opis w przewodniku nie klamal, mowiac, ze trudnosci nie ma duzo, ale ida jednym ciegiem. Wzialem sobie zatem bloka by odsapnac i poszedlem dalej plujac sobie w brode, ze nie zachowalem spokoju, ktorego nota bene bardzo mi brakowalo podczas wszystkich prowadzen. Docent rozgrzany sukcesem idzie dalej – ‚Ricochet’ E2 5c, ale niestety wyjazd nog prowadzi do wylotu w czelusc. Kostki wytrzymaly 😉 Gdy szedlem na drugiego, mialem mozliwosc podziwiac ciekawe polewy skalne, jakby ktos rozlal smole po chwytach, tylko kolor inny bo taki jasnobrazowawy. I ja wciaz jestem ambitny (na swoje mozliwosci) i wybieram ‚Clean Hand Blues Band’ E1 5b. Droga krotka, to mnie nie wydymie mysle sobie. Poczatek przewieszony po klamach, kostka siadla, to ide dalej. Potem trawersik i zaczynaja sie male krawadki na lekko polagim. Trzese sie nieco i drzacymi rekami osadzam asekuracje. ‚Przeciez to moja formacja! Plyta z malymi gniotkami!’ – to mnie uspokaja i szczesliwe dochodze do latwiejszego terenu… Robi sie pozne popoludnie, slonko pieknie pomaranczowe. Ja juz mam dosc serdecznie, ale Docent ciagle zerka na ‚The Butcher’ E3 5c – mega klasyk rejonu. Slynny bardzo i wystepuje na kazdej fotce z St. Govanns. A lot z kruksa konczy sie pewnie metr nad ziemia (tak pisze Lucy Creamer o swoim prowadzeniu The Butcher). Ale co to dla Docenta. Troche mu schodzi aby sie zaasekurowac przed trudnoscia, ale wreszcie atakuje. Ruchy raczej pewne, ale Sari odwraca wzrok, potem mowila, ze nie mogla na to patrzec. Docent jednak konczy jak automat. Jeszcze 2 ruchy i jest na gorze, a mnie kamien spada z serca, bo musialbym szybko biec do tylu aby go wylapac… NIe moge wyjsc z podziwu, bo mnie na drugiego te ruchy wydawaly sie trudne.
Rownolegle z nami wspinali sie Sari i Grzesiek, ale oni odhaczali w kapownikach raczej klasyki nizszego stopnia lub wedkowali.
Pakujemy sie do auta gdy zachodzi slonce. Co za dzien! Na prawde pelen wrazen. Teraz prowadzeni przez Sari, udajemy sie do Pembroke do pubu aby cos zjesc. Oczywiscie miejsce to wskazal jej Pudel, podczas poprzedniego pobytu.
Gaworzymy nieco w walijskim lokalu i zjadamy pokazne porcje. Na szczescie okazalo sie ze ‚half roaste chicken’ to nie na pol upieczony kurczak, tylko polowa pieczonego kurczaka 😉 Pozostali jedza rybki, jak to na prawdziwych spinaczy przystalo. Spimy na campingu kolo colo Pembroke. Raczej pustka. Ze 3 namioty w sumie. Pogoda taka ladna, ze wszyscy sie klada pod chmurka. Ja musze w bagazniku Vauxhalla bo nie mam jeszcze karimaty, ale wnetrze przestronne to sie mieszcze.
Niedziela. Pogoda jakby slabsza, ale barman podajacy poranna kawe, mowi, ze bedzie ladnie i na pewno nie bedzie padac. Mozno powiedziane kawa – paskudna dosc lura, ale co zrobic, to nie Hiszpania czy Wlochy. Za pol godzinki znow jestesmy na wybrzezu. Tym razem obieramy sobie za cel Stennis Head. Tutaj do podstawy klifu prowadzi sciezka po wygodnej polce, to nie montujemy zjazdu. W niedziele zaczynam ja. ‚Hercules’ HVS 5a okazuje sie atrakcyjna linia, dluga, bo okolo 30m. Docent sie nie rozrdrabnia i od razu idzie na ‚Cool for Cats’ E1 5b. Mnie sam jej widok przyprawia o strach. Ale Docent, z calkowitym spokojem ja pokonuje. Gdy ide na drugiego, ciezko sie zastanawiam jak on zachowuje ten spokoj? Droga przepiekna po prostu! Stennis Head to wystajacy cypel, wiec ekspozycja jest totalna, co dodaje drogom smaku. Docent nalega abym poszedl na ‚Manzoku’ E1 5b, ale obejrzalem ja sobie i rezygnuje 😉 Wybieram ‚World War III Blues’ HVS 5b, ktora biednie szeroka rysa. Docent sie ze mnie smieje, ze bede mial przesrane, ale uzbrojony w jednego duzego frenda, postanawiam zaatakowac. No rysa jak to rysa – wszyscy wiemy jaka, tylko ze troche tez sliska. Jakims cudem sie przedzieram przez trudnosc, a potem juz latwiejszym na gore. Po sciagniecu Docenta slysze ‚Powinna miec przynajmniej jedna gwiazdke, bo bardzo fajna’. Ja tam jest z siebie dumny 😉 Oczywiscie Docent robi ‚Manzoku’ E1 5b,ktora jest jeszcze piekniejsza od sasiadki ‚Cool for Cats’ bo trudnosci trwaja do samego konca. Znow nie moge wyjsc z podziwu jak on to robi! Mnie juz morale nieco opada, to postanawiam cos latwiejszego.’Stennis Pilar’ HVS 5a to nieco kluczaca droga, ktora przekracza glebaka na jakies 10m szczeline w ktorej rozbijaja sie fale. Krok nad nia wykonuje sie mniej wiecej w polowie drogi, i robi lufiaste wrazenie. Droga ma jedno trudniejsze miescje, ktore utrudnil bym sobie znakomicie, ale na szczescie wytrawersowalem sobie kawaleczek i tam puscila. Gora, juz latwym terenem. Pomimo uzywania dwoch lin tarcie dosc duze. Pewnie dlatego przewodnik sugeruje robic ja na 2 wyciagi.
Ja i Grzesiek mamy juz dosyc prowadzen i umawiamy sie, ze jeszcze jedna droga w wykonaniu Docenta i Sari i konczymy wspinanie. Schodzimy pod klif i Docent kartkuje przewodnik. ‚Pleasure Dome ‚ E3 5c mowi. Zlaklem sie calkowicie. Wyglad tej drogi juz jest przerazajacy, a opis wcale nie poprawia psychy. Co prawda znajdujemy w nim ‚To trudne E3, ale tylko E3’. Z charakteru bojazliwy jestem, to zaczynam odradzac, straszyc, blagac. Ale Docent usmiecha sie tylko… ‚Zlituj sie chlopie nade mna! Ta droga tarawersuje cala sciane – dla mnie na drugiego ona bedzie koszmarem’. Ale nie przekonuje Docenta. Juz oszpejony w pelni startuje. Nalezy Wam sie opis otoczenia – otoz aby ruszyc trzeba przekroczyc te szczeline ze ‚Stannis Pillar’, a potem podejsc ku gorze i rozpoczac 15m trawers dokladnie w poziomie. Na trawersie lufa jest juz pelna, bo konczy sie polka. Widac tylko fale walace o skale. Ktora jak na zlosc jest tam gladka calkowicie. Docent posuwa sie powoli, a zakladanie asekuracji wymaga sporo kombinacji. Pod koniec trawersu zaczynaja sie trudnosci. Slabe stopnie i dlugie ruchy do nastepnych chwytow. Widze, ze zlapal. Szybko przesunal sie i zalozyl tasme – pewniaka, nawet ja to widze. Usmiechnal sie i krzyknal: ‚To juz po trudnosciach!’. Ulzylo mi bardzo. Jednak widzie, ze droga wcale nie puszcza. Skonczyl sie trawers i trzeba zapalic do gory. Robi pierwsza probe i wycofuje sie, Doklada przelot. Druga proba, rowniez nieudana, ale osadzil cos tak 2m wyzej. Wraca i restuje. Sprobowal po raz trzeci bardziej od prawej. Widze, ze puszcza. Idzie szybko do gory. Mysle – ‚Chlopie wloz cos! Bo jest z 4m ponad ta kostka, co nie wygladala zbyt dobrze’. Na szczescie sie zatrzymal i osadzil przelot. Jeszcze z 6-8m i jest na gorze. Ledwo sie slyszymy przez fale, ale udaje sie nawiazac kontakt. Ide ja. Czyszcze przeloty i podziwiam kunszt osadzania. W miejscach gdzie nic nie siada udalo mu sie powtykac pare pewniakow. Nie da sie ukryc, ze bylo tez kilka ‚poprawiaczy humoru’ – szczegolnie dla mnie bo szedlem jako drugi. Dochodze do trudnego odcinka trawersu i silnie sie natezam aby wykonac ruch. Jestem w klamie, w ktorej Doecent spedzil z 10 minut i restowal w niej 2 razy. Tylko jak sie okazalo to zadna klama. Dosc gowniany chwyt, stopnie slabe… Wyciagniecie przelotow jakimi sie tutaj asekurowal nie jest zbyt trudne. Dobrze, ze ich nie sprawdzal lotem 😉 Ja juz wiem, ze trzeba lekko z prawej wiec szybko pokonuje kruksa. Ale jakim cudem zrobil to on to nie moge sobie wyobrazic! Teren nieco sie ulatwia i po chwili jestesmy obaj na pieknej gladkiej laczce, jaka jest na szczycie klifu. Gratuluje Docentowi szczerze, ktory sam przyznaje, ze bylo juz krucho z nim. Zrobienie tej drogi oeseme przez niego to rzecz nie do opisania po prostu! W to ciezko uwierzyc, i osobiscie, to nie sadze aby wam bylo latwo znalezc drugiego takiego wspinacza, ktory to poprowadzi z wlasnej woli 😉 Nawet Docent powiedzial, ze juz nigdy na to nie pojdzie. Ja chyba tez nie 😉
Nie da sie ukryc, ze ta droga jest przepiekna, wrecz cudowna! Trudna, eksponowana i wiedzie przez calkowicie lita skale przez ktora idzie jedno poziome pekniecie. Koszmar i marzenie wspinacza jednoczesnie!!!
Podsumowujac, napisze, ze warto bylo jechac pol Anglii aby obejrzec okolice Pembroke. Wspinanie tam jest naprawde fajne, drogi bardzo atrakcyjne. A i mielismy duzo szczescia, ze pogoda byla jak drut! Ani jednej chmurki i slonko. Zdaje sie nikt w to nie wierzyl, bo pustki byly calkowite. Spotykalismy jeden w porywach dwa inne zespoly. Turystow tez niewielu.
I tak oto, z przytupem, zaczyna sie moja przygoda wspinaczkowa w UKeju. Mam nadzieje, ze uda sie jeszcze inne rejony poznac, bo troszke tu jeszcze zostaniemy. Juz szykujemy ustawki do Cornwalii do Wojtka i kto wie co jeszcze.

Stecu

Dodaj komentarz