Opowieści Lasku Wiedeńskiego

Zaintrygowani uroczym walcem ‚Opowieści lasu wiedeńskiego’ op. 325 Johanna Straussa (syna), postanowiliśmy zbadać co za muza go natchnęła by ów utwór spłodzić. I upewnić się czy rzeczywiście dramaturgia utworu pochodzi od przerażających stromizn skalnych, jakże częstych w pagórkowatym krajobrazie ‚Wienerwaldu’.

Tak daleko, a tak blisko można o okolicach Wiednia powiedzieć, bo przecież zdarza się, że przejeżdżamy przez niego parę razy w roku, a jednak człowiek się tam nie zatrzymuje nawet, bo dalej ciągnie. I aby to zmienić wreszcie, pojechaliśmy na ‚pomajówkę’ właśnie do Lasku Wiedeńskiego.

Bazę wysuniętą założyliśmy w Kaumbergu na campingu ‚Paradise Garden’. Nazwa zobowiązywała,  ale egzamin zdany na piątkę. Socjal wypas. Cisza, spokój, natura, a za sąsiadów holenderscy emeryci w przyczepce i stadko uroczych owieczek, kogut z haremem kur, koniki w oddali. Istna agroturystyka. Do tego sterylnie czyste umywalnie, prysznice, kraniki, dywaniki, rurka przelotowa… Ale inaczej jak w Dudku – nic nie cieknie 😉 Może do sklepu daleko, bo bez auta ani rusz, ale przecież i tak wszystko się wiezie z domu 😉

Dojazd bez zarzutu i w zasadzie po jakichś 6-ciu godzinach jesteśmy na miejscu. A że pora wczesna, to jeszcze w celach zapoznawczych jedziemy obejrzeć Pelstein. Z campu jedziemy jakieś 15 minut i ukazują się skały – robią wrażenie, bo w intensywnie zielonym lesie sterczy jasny, wapienny mur, z ostańcami nawet! Nasyciwszy oczy widokiem podjeżdżamy do mniejszego rejonu, ale za to dostępnego tuż z drogi czyli Thalhofergrat. Do zapłaty klasyczne frycowe, bo zamiast zgodnie ze wskazówkami zegra, to idziemy ścieżką przeciwnie do biegu czasu 😉 Błąd. Drapać się trzeba po skarpie, ciężki dostęp. A po drugiej stronie piękne ścieżki obłożone belkami. A obojętnie gdzie byśmy nie spojrzeli rządki nowych ringów.

Tego dnia robię kilka dróżek, takich raczej krótszych, aby poznać wspinanie. Wapień, taki raczej połupany i bez zacieków (kaloryferów brak). Jakoś puszczają, ale by z łatwością to nie powiem. Ania też się rozkręca i robi kilka wędek. A potencjał niemały, bo austriacy tak samo obijają 9tki jak i 4rki – nieograniczone możliwości prowadzeń dla każdego 😉 Kończymy to nasze popołudnie w Thalhofergrat z dobrymi humorami.

Prognoza się niestety sprawdza i w nocy pada, tak więc mamy możliwość poznania okolicy. Wiek już u nas słuszny (bo mamy prawie 60tkę na karku z Anią… łącznie…) to Baden – podwiedeński kurort wydaje się dobrym celem na wycieczkę. I rzeczywiście urocza miejscowość. Taka Kudowa. Co prawda tam zdrowotne są kąpiele, ale miasteczko, park zdrojowy i wszechobecne figury i tablice Mozartów i innych Straussów czynią z niego idealne miejsce na spacery.

Pogoda się poprawia, ale wciąż pokapuje więc we wtorek oblężenie Wiednia. Fura zostawiona na rogatkach (30km od campu), potem U-Bahn i zgrabnie jesteśmy w centrum. Ale ż tam stężenie klasycznej architektury! Widać, że jak zbudowali paręsetlat temu to stoi do dziś. A nawet jak budowali 100 lat temu, to w tym samym stylu. Byliśmy pod wrażeniem. Ładnych paręnaście kilometrów nabiliśmy piechtą aby to oblecieć wszystko!

Środa, a tu znów pada! Nastroje minorowe, ale jako że prognozy sprawdzają się co do minuty prawie, to jesteśmy pewni, że w czwartek już będzie ładnie. Robimy sobie jeszcze jedną więc wycieczkę, tym razem nad modry Dunaj. Do Tulln. Gdzie Rzymianie się okopali w obozie i siedzieli, ale słabo im wojowanie szło, bo jak się okazało to najdalej wysunięte w głąb Europy (w naszą stronę) obozowisko. Pozostało z niego jeszcze troszkę murów. A do tego Tulln to śliczne miasteczko, z minicentrum hostorycznym i Dunajem i Nibelungami…

W czwartek wreszcie słońce! Co prawda rano jeszcze straszyło nieco, ale im dalej w dzień tym lepiej. Ruszamy do Pelsteinu. Największego rejonu Wienerwaldu, gdzie do dyspozycji mamy kilkadziesiąt skał, po kilkadziesiąt dróg, najczęściej po kilkadziesiąt metrów. Dominują piony, ale jest parę skał przewieszonych. Drogi długie, wytrzymałościowe.
Jako posiadacze przewodników internetowych zajmuje nam nieco czasu odnalezienie się i dróg. Na szczęście zawsze kilka jest podpisanych elegancka blaszką z wygrawerowaną nazwą, albo po prostu na skale jest podpisana. Można dać radę.
Jest po Pelsteinie trochę chodzenia, bo rejon leży na zboczu i strome są ścieżki, ale w większości przygotowane i poszerzone i obłożone belkami. Niektóre starty dróg mają mizerny socjal, ale po odrobinie poszukiwań można znaleźć całkiem wygodne miejscówki. Polecam szczególnie skałę Hahnenkamm. Wielka! Drogi długie, a podejście i socjal prima sort. Tak samo Cimone – taka pałka stercząca. Ma chyba z 70m wysokości, albo więcej i wielowyciągowe drogi. W górnej cześci godna polecenia jest skała Uhuwinkel.

Drogi są dość nieoesowe, bo śladów magnezji brak (może jeszcze za wczesny sezon) i chwytów mnogość, ale znalezienie tych właściwych czasem wymaga wysiłku. Rejon jest wielki! Przez parę dni wspinania, nie obeszliśmy wszystkich skał! Przeważają drogi w stopniu 6-7, ale nie są łatwe przyznaję (na oesa). Specjalnie nie obserwowałem dróg trudniejszych, ale jest ich tam również opór. Tak samo z drogami łatwymi. Trójki i czwórki obite znajduje się na każdym kroku. Aby nie było tak gołosłownie, to zrobiłem ‚Rollbahn’ 7 RP i ‚Ja duerfen’s denn das?’ 7- OS i kilkanaście łatwiejszych. I w zasadzie większość dróg ładnych była. I nawet nie trzeba ich jakoś szukać. Po prostu na pierwszy rzut oka widać co jest parchem 😉

W dzień wyjazdu skoczyliśmy jeszcze do Thalhofergrat, gdzie zmęczoną kaczkę zmusiłem do zrobienia ‚Trubadora’ 7 RP, ale jako że przewieszona była lekko to wymęczyła mnie tak, że zwinęliśmy się do domu.

Podsumowując to Pelstein może stanowić alternatywę dla niedalekiego Adliz, ale dla wspinaczy nie wymagających przewisu sektora ‚Monster’. Socjal campu w Kaumberg na szóstkę w koronie (a cena badzo atrakcyjna bo płaciliśmy 6€ od łebka za noc). Na miejscu tym poznali się już Czesi, bo stanowią spory procent odwiedzających. Reszta to wiedeńczycy, bo to najbliższy do miasta, pokaźny rejon. Tak więc na kilkudniowe wypady idealny. Spokojnie można sprawdzić prognozę na www.wetter.at bo sprawdza się bez zarzutu i gdy u nas syf, to może tam?

Wienerwald, 3-9 maj 2009

PS. A obszerną dokumentację fotograficzną można znaleźć w galerii i na Picassie.

Dodaj komentarz