Monte Rosa – Dufourspitze drogą Cresta Rey na koniec

Monte Rosa – Dufourspitze (Cresta Rey) na finał

[8-17.08.2014]

 

Się zeszło z układaniem planu wyjazdu na masyw Monte Rosa. Bo z jednej strony dużo fajnych szczytów, z drugiej strony mało czasu i niepewna pogoda. Na co się zdecydować, co wybrać? Czy lepiej startować od strony szwajcarskiej, czy może włoskiej? Czy zrobić jedno wyjście czy może dwa, tak jak poprzedniego roku? Czy damy radę z całym sprzętem biwakowym pokonać całą trasę? Jak zrobić pętle, żeby wrócić do tej samej doliny, w której zostawiamy samochód? W końcu, jak poukładać trasę, aby wejść na jak najwięcej szczytów i dać radę… Uff, w końcu dziewiąty wariant tzw. włoski wyglądał najsensowniej i został zaakceptowany jako schemat wycieczki.

 

Aklimatyzacja i testowanie

 

W sobotę 9 sierpnia dojeżdżamy do doliny Gressoney we Włoszech, gdzie w miejscowości Staffal zostawiamy samochody. Przy dolnej stacji kolejki górskiej jest duży bezpłatny parking, na którym robimy przepak i końcową odprawę. Zdecydowaliśmy podzielić wyprawę na dwa etapy i teraz wyruszamy na pierwsze cztery dni akcji górskiej. Mozolne podchodzimy wzdłuż kolejki, by po kilku godzinach na wysokości 2900 m. rozbić obóz. Już w czasie podejścia łapie nas deszczyk, ale dopiero w nocy przeżywamy armagedon. Burza z piorunami szaleje dookoła nas. Strzela całkiem blisko – nic dziwnego, bo na tej wysokości jesteśmy praktycznie wewnątrz tego piekła. Nikt nie spał, a kilka godzin zostały brutalnie wyjęte z naszego snu.. Na szczęście ranek wygląda lepiej i możemy podejść do schroniska Quintino Sella leżącego na blisko 3600 m. Tutaj spotyka nas miła niespodzianka, bo obsługa schroniska proponuje nam spędzenie nocy w namiotach testowych, w zamian za wypełnienie ankiety na temat sprzętu (namiotów, mat i śpiworów). Pomysł nam się podoba, tym bardziej, że nie musimy rozbijać swoich namiotów, wyciągać materacy itp. Ale zanim zaczniemy „testowanie” wchodzimy w ramach aklimatyzacji na Punta Perazzi (3906 m., PD). Pogoda niestety nam nie sprzyja. Jest mglisto, tylko od czasu do czasu świat staje się wyraźniejszy. Dzięki temu jesteśmy w stanie zorientować się w terenie i namierzyć nasz aklimatyzacyjny cel. Żeby na niego wejść musimy przejść lodowcem, potem kawałek granią i stromym polem śnieżnym, a na koniec wspiąć się na ten niewielki, kamienisty szczyt. Powrót tą samą drogą. Wieczór spędzamy w schronisku, a potem – zgodnie z umową – testujemy namioty.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaPodejscieNaBiwak09082014

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaPuntaPerazzi3906m1002014

 

Jeden z bliźniaków nam się oparł

 

Dwa bliźniacze szczyty Castor i Polux były w planach na kolejny dzień, ale o 5 rano o wyjściu nie było mowy, bo obudził nas mocny… deszcz. Pogoda jest co najmniej przygnębiająca, więc zaczynamy poranek od schroniskowego cappuccino. Dopiero około 9, gdy zaczyna się poprawiać decydujemy się ruszyć na Castora. Deszcz ustał, nawet zaczęło się przejaśniać, lecz tylko na krótko.Wchodzimy w chmury i na widoki nie ma co liczyć. Nie widzimy nic oprócz siebie, oddalonych o długość liny. Szczyt (Castor, 4228m) oczywiście zaliczony, a my pokornie schodzimy w dół. W tych warunkach nie ma mowy o przejściu na Polluxa. Jest mglisto i późno, nikt nawet nie wspomina o drugim bliźniaku.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaCastor4228m11082014

 

Karuzela we mgle

 

Powrót nie jest prosty. Mgła sprawiła, że na przełęczy Felikjoch zaczynamy chodzić w kółko. Dobrze, że mieliśmy GPS, za pomocą którego trafiamy najpierw na Felikhorn, a następnie na Felikgletscher. Po powrocie przypominamy sobie o mało spokojnej nocy w słabo rozbitym testowym namiocie. A że w nocy mocno wiało i niektóre fragmenty głośno łopotały, to zastanawialiśmy się jak przekazać nasze spostrzeżenia włoskiemu ankieterowi w języku Szekspira (jak jest po angielsku „łopotać”? 😉

 

Walka z wiatrem

 

Jest pewna prawidłowość, którą da się odkryć obserwując schroniskowe życie. Widocznie lepsza pogoda sprowadza do schronisk zdecydowanie więcej turystów. Dlatego właściwie nie musimy śledzić prognoz pogody, ale dla pewności sprawdzamy w recepcji schroniska. Jutro będzie ładnie. Tak mówi prognoza i tłum ludzi w schronisku Jesteśmy podekscytowani tym bardziej, że nasz kolejny cel to Liskamm Zachodni (4469 m., PD+). Poza tym mamy farta. A może to nie fart, a ilość pięknych dziewczyn sprawia, że tej nocy nie musimy męczyć się w łopoczących namiotach, na niewygodnych matach. Dostajemy gratisowo miejsce w przytulnym winterraumie… W porównaniu z poprzednią nocką – ta należy do przyjemnych. Startujemy o 5. Pogoda nie jest jednak idealna. Świt jest różowy, co oznacza, że może wiać. Czujemy już to na Felikhornie, a powyżej, na grani jesteśmy już pewni, że to nie jest zwykły zefirek. Walka z wręcz huraganowym wiatrem, sięgającym w porywach do 120 km/h rzuca nas od czasu do czasu na kolana. I to dosłownie. Ma to miejsce praktycznie na całej grani aż do szczytu. Dodatkowo, przewalają się chmury, więc widoczność jest ograniczona. Ale przy tak trudnych warunkach pogodowych wejście na szczyt jest jeszcze bardziej satysfakcjonujące. Na Liskammie spotykamy Łukasza i Wojtka, którzy dzielnie torowali ślad i weszli jako pierwsi tego dnia na szczyt. Znajdujemy miejsce osłonięte od wiatru i robimy dłuższą przerwę na foty i herbatę. Niestety, to jeszcze nie koniec. Droga powrotna jest równie trudna. Do poprzednich niewygód dochodzi jeszcze jedna: drobinki śniegu atakujące oczy i twarz. Na pewnych odcinkach idziemy na oślep. Niżej wypogadza się, prędkość wiatru maleje, chmury opuszczają niebo i robi się całkiem przyjemnie. W okolicy Felikjoch robimy kolejną, dłuższą przerwę. Cieszymy się widokami na dopiero co zdobytego Liskamma, a także na inne odległe 4-tysięczniki: Matterhorn, Dent Blanche, Zinalrothorn czy Weisshorn. Po zejściu do schroniska jeszcze długo napawamy się słońcem. W międzyczasie pakujemy się, bo jeszcze tego samego dnia schodzimy na noc do doliny.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaLyskammZach481m12082014

 

Dzień w dolinie Gressoney

 

Niestety dla Agi zejście to kończy się bardzo nieszczęśliwie – skręciła kostkę, co wyklucza jej dalszą działalność górską. Dzień mija nam pod znakiem deszczu, wizyty lekarza i zwiedzania włoskiego szpitala (bałagan podobny do tego w naszych szpitalach). Jeden plus jest taki, że wstępne badania wykluczają złamanie. Tak więc Aga ze spuchniętą nogą zostaje na campingu. Reszta grupy podzieliła się na dwie ekipy: Jedna już wczesnym popołudniem wjeżdża kolejką na 3000, skąd ma dotrzeć w okolice schroniska Gnifetti (3647 m). Drugiej ekipie – zwiedzającej razem z Agą włoski szpital – uciekła ostatnia kolejka, więc pozostaje tylko wieczorny spacer. Startujemy ze Staffal o godzinie 18 a 1800 metrów podejścia oznacza jedno – przed północą nie zmrużymy oka. Praktycznie bez przerwy pokonujmy ten dystans, by po północy – tak jak zakładaliśmy – dotrzeć do schroniska. Nasze przybycie w środku nocy wzbudza lekką konsternację. Meldujemy się w Gnifetti, a w promocyjnej cenie dostajemy miejsca w dusznym pokoju, gdzie czekają nas „aż” 3 godziny snu na trzeciej kondygnacji piętrowego łóżka.

 

Pięć czterotysięczników w jeden dzień

 

Wczesnym rankiem spotykamy resztę ekipy. Ruszamy kilka minut po godzinie piątej w kolumnie turystów, którzy w większości zaplanowali przejście do schroniska Margherita. My kierujemy się na tzw. łatwe czterotysięczniki. W pierwszej kolejności na Piramidę Vincent. Podejście ze schroniska Gnifetti jest długie, natomiast zdobywanie kolejnych szczytów: Schwarzhorn 4321 m., Ludwigshöhe 4341 m., Parrotspitze 4432 m. i Balmenhorn 4167 m. nie jest wymagające. Różnica wzniesień to maksymalnie 200 metrów. Takie przewyższenia sprawiają, że wszystkie szczyty „łykamy” w kilka godzin. Na ostatnim znajduje się Bivacco Felice Giordano, gdzie zostajemy na noc.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaAtwe4Tysieczniki14082014

 

Liskammy nas nie pożarły

 

Kolejny celem jest Liskamm Wschodni, trochę wyższy i trudniejszy od Zachodniego na którym byliśmy kilka dni wcześniej. Pogoda tym razem nam sprzyja. Startujemy jak zwykle wczesnym rankiem i robimy szybkie wejście na szczyt. Jest ciepło i prawie nie wieje. Podczas podejścia na górę nazywaną „Pożeraczem ludzi” słyszymy obrywające się bloki lodowe spadające zachodnią ścianą grani podejściowej. Na szczycie jesteśmy przed 9.00. Jest piękna pogoda, obserwujemy parę robiącą trawers Liskammów. Sprawnie przemieszczają się w naszym kierunku, a w niedługim czasie docierają na szczyt. Drogą normalną też wchodzi kilka ekip i gdy już robi się ciasno na szczycie, pełni dumy i radości robimy odwrót. Łukasz i Wojtek wracają drogą przez Il Naso tzw. Cresta Sella, reszta wraca drogą podejściową. Już na dole, po zejściu z grani, decydujemy się na wejście na Il Naso, przekraczając górną część lodowca Lys. Ostatecznie ja z Martą wchodzimy na tą łatwą górę od przełęczy po drodze mijając się ze schodzącymi chłopakami. Jest to już siódmy dzień akcji górskiej i daje się to odczuć podczas powrotu na Balmenhorn. Jesteśmy mocno zmęczeni.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaLyskammWschodni4527m15082014

 

Niektórzy kończą przygodę

 

Tego dnia część ekipy postanawia zakończyć akcję górską i kolejnego poranka zejść do doliny. Druga część – Marta, Rafał, Łukasz i ja szykujemy się na najwyższy szczyt Monte Rosy – Dufourspitze. Wieczorem pogoda się psuje, nadciągają chmury i zaczyna padać śnieg. Trochę nas to martwi, śnieg przysypie ślady na lodowcu Grenz i możemy mieć kłopoty z przejściem.. Ostateczną decyzję odkładamy jednak do jutra.

 

Cresta Rey „wisieńką” na torcie wyprawy – Dufourspitze

 

Dufourspitze – najwyższy szczyt Szwajcarii – chcieliśmy zrobić inaczej niż wszyscy. Tym bardziej, że to ostatni dzień wyprawy i ostatni „wielki” z zaplanowanych na ten wyjazd. Chcemy zrobić pętlę startując  piękną drogą Cresta Rey. Jak opisuje przewodnik jest to 400 metrów trójkowej wspinaczki. Pierwszym wyzwaniem okazuje się dojście pod ścianę. Nocne opady śniegu na szczęście nie zatarły całkowicie śladów i część trasy po lodowcu Grenz polegała na wypatrywaniu ich resztek. Jednak w pewnym miejscu opuszczamy przechodzony teren i kierujemy się pod ścianę. Wczoraj, będąc na Liskammie nakreśliliśmy orientacyjny tor przejścia i teraz będąc na lodowcu próbujemy odtworzyć ten ślad. Kluczymy, aby omijać szczeliny, niektóre bardzo widoczne, niektóre ledwo dostrzegalne. Jeszcze tylko szczelina brzeżna – tego roku o tej porze – ledwie widoczna i jesteśmy pod filarem. Nie było starych śladów, więc można przypuszczać, że królewski filar dawno nie był odwiedzany. Przewiązujemy się w dwuosobowe zespoły i ruszamy w górę. Najpierw po stromym śniegu, następnie wchodzimy w skały i w terenie mikstowym poruszamy się to po skale, to po śniegu. Idziemy na lotnej, a kilka wymagających miejsc asekurujemy na sztywno. Po ponad 3 godzinach od wejścia w filar jesteśmy na szczycie. Pogoda ładna, rozległe widoki sprawiają, że nie chce się wracać. Na razie nikt z nas o tym nie myśli. A przecież to nie koniec trudności, ponieważ będziemy schodzić tzw. włoskim normalem, który wyceniany jest na AD. Ruszamy. Przechodzimy przez Grenzgipfel i dalej po śladach w dół. Jest na tyle dużo śniegu, że płytę przechodzimy na wprost. Dalej wąską, śnieżną granią na Colle Zumstein, podejście śniegiem i skałą i już jesteśmy na Zumsteinspitze (4563 m.). Jeszcze tylko przejście przez szerokie Colle Gnifetti i wstępujemy do schroniska Margherita, które mieści się na Signalkuppe (4554 m.) i jest najwyżej położonym schroniskiem w Europie. Adrenalina opada. Wiemy, że do „domu” na nocleg już niedaleko. W ciepłym pomieszczeniu popijamy gorącą czekoladę i wspominamy drogę, na której byliśmy kilka godzin temu. Do bivaco wracamy wieczorem. Zastajemy tam kolejnych mieszkańców. Życie toczy się dalej. My pełni wrażeń i dokonań kończymy swoją przygodę w masywie Monte Rosy, ale przecież czekają nas kolejne wyzwania, kolejne plany i kolejne szczyty.

https://picasaweb.google.com/farixus/MonteRosaDufourspitzeCrestaRey16082014

 

pozdrowienia Rafał

 

 

Dodaj komentarz