Majówka teutońska

Wszyscy gdzieś byli, ale coś sie nie chwalą – to ja zacznę.

Mimo oporów, spowodowanych tak-dawną-że-to-już-chyba-nieprawda bytnością we Frankonii, z której pamiętam godziny przeczekiwania deszczu pod dachem krążownika szos Białej Gwiazdy I w pięć osób ze szpejem, kruksy przed pierwszą wpinką oraz nieartykułowane ryki Dzidka po Zwalczeniu Grawitacji – zawitałam tam znowu. Wprawdzie miały być teutońskie, ale piachy, albo w innej wersji wapień, ale italski – ostatecznie jednak stanęło na teutońskich lasach frankenjurajskich, z wesołą eipą czworga bywalców bulderów: Wojtek, muody, Czarek oraz Kasia i jednego początkującego triatlonisty. Triatlonista stwierdził, że z uwagi na sposób przepracowania wiosny nie jest możliwym spędzenie tygodnia na samej tylko wspinaczce i musimy też zabrać rzeczy do biegania, pływania i rowery. Krążownik szos Biała Gwiazda II wszystko pomieścił.

Pierwszy trening odbył się natychmiast po przyjeżdzie do Untertubach w sobotę o godz. 16. – 30 km rundka po okolicy wykazała, że teren jest dość hardowy i niebanalny orientacyjnie. Na szczęście podczas wieczornej fazy regeneracji i suplementacji urodził sie genialny pomysł, że możemy robić tylko pół rundki. Plan był piekny w swojej prostocie: przebudzenie, bieganie, śniadanie, wspinanie, powrót rowerem, posiłek regeneracyjny, suplementacja, spać. O dziwo, wdrożenie praktyczne potwierdziło genialność planu! Dzięki krótkiemu czasowi, ok. 4 godz. na wspinanie, nie zdążyliśmy się za bardzo zmęczyć, no i wspinalismy się tylko raz na każdej drodze, więc padały same oesy. No może jakby się wgłebić, to okazałoby się że były to flesze. Powrót na rowerze idealnie wyciągał i spalał kwas mlekowy z mięśni, więc co rano byliśmy świeżutcy i gotowi do dalszyh podbojów – w przeciwieństwie do ekipy bulderowej, która z braku tlenowych wysiłków musiała czasem restować 😉

Podsumowując – bardzo polecam ten tryb uprawiania wspinaczki skałkowej, naprawdę wydaje mi się, że poprawia wyniki wspinaczkowe! Mi  w każdym razie wcześniej raczej nie zdarzało się pomykanie po ósemkach bez znajomości. Szczegółów przejść raczejnie podam, bo teutońskie nazwy słabo mi się trzymają głowy – może Wojtek pomoże jako posiadacz kletternfuhrera? Na pewno najbardziej zaimponowała mi Kasia, która przefleszowaniem Amonita na Marientalerze w dzień pierwszy wlała spręża w nieco ospałą resztę ekipy. Z rejonów najfajniejszy był Schlossbergwand zwany dla ułatwienia Burgbergwandem – dużo skał mniejszych i wiekszych, pionowych i przewieszonych, drogi łatwe i trudne.

Objawienia fazy suplementacji: ze wszystkich domowych wypieków frau Marty zdecydowanie najlepsze są makowiec i sernik, a ze wszystkich lokalnych browarów w Lidlu najbardziej przypadł mi do gustu Aktien. Oprócz tego muszę powiedzieć, że podczas kilku wyjazdów z Okularem ekipa tak się wyrobiła kulinarnie, że teraz wyjazd bez wyciskarki do czosnku, obieraka do karczochów i szczypiec do grilla jest poważnym faux pas. Sam mistrz Okular, który z Rangersem i Rangersową dojechał w środę, tym razem niczym nam nie zaimponował i musi się następnym razem naprawdę postarać, żeby podtrzymać swoja reputację.

Dokumentację zdjęciową ze wspinaczek w teutońskich lasach robił muody, więc może jak go poproszę to tu gdzieś wstawi?

M

PS. Wskazówki dla tych, co zachęceni opisem zechcą przemierzać frankońskie lasy rowerem: istnieje tam ponad  20 różnych oznaczeń szlaków, w 9 kształtach i pięciu kolorach, meandrujących i zmieniających się co 2km. Przejechanie założonej trasy wymaga najwyższej koncentracji, specjalnego treningu pamięci, refleksu i spostrzegawczości, a i tak w niektórych miejscach trzeba kierować się słońcem i sekstansem. Pomóc może mapa w jakiejś rozsądnej skali, nie taka, którą sprzedaje frau Marta.

 

Dodaj komentarz