„Levanderman” je zaista seksi

Dzisiejszą wycieczkę po serpentynach, bezdrożach, tunelach, plażach, skałach i miasteczkach Hvaru poprowadzi „Lavanderman” – autentični hvarski superheroj, który wyłonił się on niczym Filip z konopii, z tą różnicą, że raczej wychynął z lawendowego krzaka.

Nim jednak dotarliśmy do ojczyzny lawendy, przeprowadziłem dogłębne studium chorwackiej wyspy Hvar, połączone z konsulatcjami na różnych szczeblach i z różnymi utytułowanymi wręcz naukowcami (Docent). Studium owe niestety nie było pozbawione wad, i największą przytoczę od razu, aby po tej dziegćiu łyżce popłynął tylko lawendowy miód, gronowe wino i oliwkowa oliwa. Na Hvar nie jedzie się surfować! Doznaliśmy tego na własnej skórze walcząc z nieprzystępnym socjalem brzegu i wysoką falą, by stwierdzić, że nie warto.

A teraz słodycz. I to ciepła. Bo mimo że to wrzesień przecież był to słoneczko świeciło non stop, lekki bądź mocny wiaterek pomagał znieść upały, a i cienia udawało się przy plaży wyszukać.

Sveta Nedjelja – tam właśnie stacjonowaliśmy, to niewielka wioseczka na południu wyspy. Z jednej strony morze, z drugiej stoki najwyższego wzniesienia Hvar – Sv. Nicola (628m) pokryte winnicami. Dostęp do niej niełatwy, bo klaustrofobiczny tunel, o zapachu zatęchłej piwnicy, braku oświetlenia ale na szczęście i braku zakrętów, przejeżdżamy, by dotrzeć na południową część wyspy. Takiego tunelu jeszcze nie widzieliście, mogę to obiecać.

I w owym świętym miejscu spędziliśmy dwa tygodnie w familijnej grupie. Siorka ze szwagrem i latoroślą oraz Ania i ja. Na wypoczynku pełną gębą. Ale, że z nas takie fitnesy, to zmusiliśmy się kilkukrotnie do aktywności, między innymi wspinaczkowej, o której teraz słów kilka.

Największym rejonem jest ‚Cliffbase’, właśnie w Sv. Nedjelji. Leży tuż nad morzem, drogi mają do 40m i niestety jest w słońcu. Prócz paru dróg leżących pod obalonym głazem (mającym 30m wysokości) wszystko w lampie. Niestety dla nas, Lachów z krwi i kości, którzy w listopadzie łoją na Lechworze, a w lutym na Dupie Słonia, było to nie do wytrzymania. Tak więc wieczorami podchodziliśmy zrobić po dwie dróżki. Skała wapienna, ale urozmaicona różnymi inkrustacjami, dawała ciekawe drogi, ale jak to Inczesław powiedział ‚Pozbawione jakoś finezji’ – po prostu wspinanie po chwytach (czyt. śladach magnezji). Chociaż tam gdzie magnezji nie było, robiło się czasami dziwnie trudno… Rejon jest prywatny, a rządzi nim Miro Stec (może rodzina?) i trzeba uiścić za wstęp. To i ogólny brak spręża spowodowało, że nie łoiliśmy tam za często.

Drugim rejonikiem, dużo mniejszym, ale niezwykle uroczym jest Vela Stiniva. Leży na północnej stronie wyspy więc zacieniony prawie cały dzień, lekko przewieszony i z trudnymi raczej drogami. Taki podpadający pod Osp. Tam wspinanie klasowe już. Zrobiliśmy parę dróżek i wszystkie były na prawdę gitowe. A i plaża tam urocza, bo malutka, płaska i z drobnym żwirkiem, co jest rzadkością na Hvarze.

Prócz tego jest jeszcze kilka innych rejonów, ale nie mieliśmy okazji ich wyeksplorować, ale potencjału wciąż jest bardzo dużo. Samych jaskiń widzieliśmy kilka, a w nich całkowite pustospicie. Przypuszczam, że to kwestia czasu, jak te miejsca zostaną obite i udostępnione.

A sama wyspa jest wspaniała – górzysta i niewielka, więc całkowity brak na niej infrastruktur przemysłu turystycznego w postaci hoteli gigantów czy podobnych megabasenowych akwaparków. To miejsce dla turysty indywidualnego, który w ciszy i spokoju zazna słońca, szkwałów Jugo i posmakuje pysznych lokalnych winek. Zwiedzić można kilka miasteczek uroczych, pochodzić po górkach. Nie odważyłbym się pojechać tam w lecie, ale wczesna jesień czy wiosna to doskonały czas. A jeśli idzie o wspinanie w ‚Cliffbase’ to ja to chyba bym w listopadzie tam chciał – ale ja jeste dzikus w tej materii i kocham chłód, bo wtedy ‚friction is top’ cytując hard grita.

A w galerii spora dawka fotek. Pooglądajcie.

Hvar, 30.08-14.09.2008

Dodaj komentarz