Kwalitetna Sardynka

Opłaciło się kupować bileciki parę miesięcy do przodu. Może nie wszystkim, ale zawsze są jakieś ofiary… Dwuznacznie zabrzmiało, ale chodzi o znaczenie pechowcy oczywiście. I tak objuczeni w taszki i plecaki, dość kombinowaną drogą lotniczą dotarliśmy zeszłej niedzieli na Sardynię.

Sardynię, która powitała nas błękitnym niebem, ciepłem, ciszą i pustką na drogach. Byłem tam po raz pierwszy i już z lotu ptaka Wyspa pokazała co można po niej oczekiwać. A widać było piękne plaże, i górki, i skałki, i błękitne morze. Tak więc nie czekając długo zasiedliśmy na grzbiety wypożyczonych Pand i ruszyliśmy do Cala Gonone. Misie nasze wiozły nas bez zarzutu, i radziły sobie z wądołami sugerowanymi przez TomTomy bez zarzutu. Taka złota myśl – ‚Kierowco zachowaj zdrowy rozsądek i nie patrz ślepo w ekran gps-a’. Ale pomimo krajoznawczych wycieczek wczesnym popołudniem dotarliśmy do naszego pięknego apartmanu. Za mocną symboliczną cenę dodam. Dzięki Krzysiek za namiar!

No ale do sedna! Choć urok Cala Gonone i okolicy jest wartością samą w sobie, to my przecież mieliśmy też co innego w planach. Aby nie szukać daleko w poniedziałek pojechaliśmy do Poltrony – rejonu górującego nad miasteczkiem. Wyglądał imponująco – wielka płyta, szarego (więc połogiego) wapienia. Rzeczywiście drogi połogie, ale nie ma lekko i pokonanie 6c w takich płytach wymaga skradaki! Nawiązawszy dialog ze skałą i poznawszy się lepiej uderzyliśmy na 160m klasyk – ‚Deutsche Wall’ 6c, którą Janusz znał z poprzedniego roku i miał z nią porachunki, bo wtedy zmyła ich pogoda. Droga śliczna. Cały czas wiedzie płytą, a kruksowy wyciąg o długości około 40m nie ma może zasadniczego kruksa, ale cały czas każe się lekko napinać. A widoczki z ostatniego stanowiska! Cymes!

Wieczór upłynął, jak codzień zresztą, na sączeniu drągali z Dorgali (gatunek lokalnego Vino Di Tavola) i planowaniu!

Plan był następujący – plaża, morze, skały i spacer pięknym wąwozem. Uda się? Na Sardynce takie rzeczy są, że nawet w Erze ich nie zrobią… Cala Luna spełniła wszelkie nasze oczekiwania. I było wszystko! Fajne drogi wprost z plaży, listopadowa kąpiel w ciepłym morzu (sic!) i do tego miły spacer. Fakt, że rejon trudny dość, a w wywaleniu nasza drużyna niezbyt silna, ale co nieco się udało zdziałać. Niektórzy, z przymusu dorzucili tego dnia nieco tlenowej wydymki, w celach poszukiwawczych – skarbów rzec by można, znaczy swej drugiej połowy. Ale summa summarum w komplecie się na kwaterce zjawiliśmy i świętowaliśmy delikatnie imieniny patrona złodziei i szynkarzy, tudzież Dzień Niepodległości.

Środa miałą być mniej ‚chodzona’ bo nogi już nie te… Nie do końca wyszło, bo rejon Lanaitto, skryty dość jest w górach i szybko niknąca ścieżka i jeszcze szybciej znikające kopczyki zmusiły nas do przedzierania przez krzon gęsty. Bez wątpienia można powiedzieć, że nie jest to rejon często odwiedzany. Przeważają piony, również szare, ale chwytami są ostre lejki takie, nazywane w przewodniu ‚drops’. Drogi okazało sie solidnie trudne, bo wszystkie jednego autora i nie miał on maniery zaniżania wycen. Znów nici z wysokich oesów 😉 Co prawda rozwspinaliśmy się po paru drogach i szczególnie Docent wiódł prym w pokonywaniu kolejnych metrów. Powiem tylko, że na prawde nie było luzu bo ‚Dilettanti Veneti’ o wycenie 5c, gdzie wieszałem wędkę dla dziewczyn, miało pierwszego spita w połowie i cały czas musiałem się solidnie wspinać!  Nie powiedziałem jeszcze o otoczeniu, które robi wrażenie. Bo rejon leży na zboczu doliny z płaskim dnem, którą z każdej strony otaczają skały (góry właściwie) – miejsce przeurocze!

Nie było nam dość gór i skał i wreszcie chcieliśmy jakiś numer zrobić. Czwartek zatem określony został dniem ataku. Cel ‚Hotel Supramonte’ w wąwozie Gorroppu. Trudności i długość duża, ale Glowacz zrobił, to doszliśmy do wniosku że i my siekniemy. Tylko 8b przecież. Najpierw jednak trzeba do wąwozu dojść…. Znów więc spory kawałek marszu, tym razem wzdłuż rzeki. Rzeki, która pokazała swój potencjał pewnie niedawnej wiosny, bo mostek betonowy, który mieliśmy przejechać według przewodnika, ‚przesunął’ się jakieś 50m… A rzeczka wyglądała jak strumyk.

Gdy wdarliśmy się po gigantycznych otoczakach do wąwozu i zobaczyliśmy monumentalnie przewieszone ściany po kilkaset metrów wysokie doszliśmy do wniosku, że ryzykownie jest, bo pogoda nie ta i zmieniliśmy cel. ‚Hotel…’ zostawimy na następny raz. Znalezenie następnego celu czyli ‚Movrdi’ 6c (5 wyciągów) zajęło nam tyle czasu, że też go odpuściliśmy. Jakoś duch podupał nieco, tak więc postanowiliśmy z Docentem zrobić jedyną jednowyciągową drogę w wąwozie czyli ‚Devasti & Abbrutti’ 6c, która nieco mnie przytłoczyła na starcie i pękła RP. Docent sieknął flesza. Przewieszona rysa, z kaloryferem, była dla mnie w tym momencie drogą wyjazdu. Kosztownie zdobytą, bo chyba dwugodzinnym marszem i roztrzaskaną lustrzanką Doca… Ale jak to właściciel określił – ‚aparat rzecz nabyta’ i tej wersji się trzymamy 🙂

Piątek dniem lajtu. Postulat wprowadziliśmy w życie jadąc rankiem do Margheddie gdzie najtrudniejsza droga ma 6c, a większość to 6a. Ale za to dłuuugie i w przepięknej scenerii. Widok z dróg zapiera dech w piersiach! Morze dookoła gdzieś u stóp i przestrzeń. A 5c po klamach non stop, to coś co Ani szczególnie się podobało.  I z samochodu 5 minut podejścia… I jest tam 60m droga ‚Ninna Nanna per Martina’ 6a, która przez Janusza została określona najpiękniejszą drogą w tym stopniu na świecie. Coś to musi znaczyć. Wczesnym popołudniem zmieniliśmy rejon na pobliskie Arcadio, które również 5 minut od auta, ale prezentuje zgoła innych charakter. Bo wywalenie i pomarańczowa skała królują tam całkowicie. Pogoda zaczęła się nieco chrzanić, i siąpiło lekko, ale w Arcadio to wcale nie przeszkadza. I tak w postępującym nad głowami Mordorze Docent przepałował ‚Brod Oy’ 7a+, które urzekło nas swoim urokiem. Wypowiadał się entuzjastycznie i kruksa rozpykał, więc posilony karbosnakiem i głodny sukcesu naparłem. Ależ zadowolony byłem, że kruksa przemknąłem dość sprawnie. I tylko potem co rusz modliłem się o wystarczający zapas glikogenu, ATP i wszystkiego innego aby starczyło na solidną długość… Starczyło! Przepiękny Flasz dzięki Docentowi udało mi się zrobić. Naprawdę cukierek! Niestety Docenta zdrenowało wieszanie ekspresów i nie starczyło już na RP. Rozpadało się do tego solidnie więc wycof był konieczny.

Sobota minęła niestety na oczekiwaniu na poprawę pogody, która nastąpiła koło południa. Jednak nie zdecydowaliśmy się na wspin, aczkolwiek wizyta spacerowa w Biddiriscottai – grocie nad morzem tuż obok Cala Gonone, dowiodła, że wspin był całkowice możliwy.

Tak oto minął nam przeuroczy tydzień na Sardynce. Powiem, że miejsce jest prześliczne i ilość wspinania zatrważająca. Już nam się pojawił pewien rozpyk okolicy więc wiadomo w co uderzać. A potencjał jest wielki.

Zrzutkowy przewodnik ‚Pietra di Luna’ czeka tylko aby ponownie go wyorzystać. Może pod względem wspinaczkowym nie jest to przewodnik dobry. Dodam, że chyba można powiedzieć, że jest słaby wręcz. Ale fotki są tak motywujące i tak różnorodne, że przyćmiewają jego inne wady. Normalnie szczęka opada z łoskotem, jak człowiek go sobie pokartkuje. A rzeczywistość nie odbiega, od tego co w nim widać!

Jako że powrót mieliśmy kombinowany, to w Bergamo czekał nas dłuższy postój, który wykorzystaliśmy na zwiedzenie miasta. Też robi wrażenie. Stare miasto na wzgórzu, pięknie położone.

Teraz jak siedzę i klikam i patrzę sobie przez okno na prószący biały śnieżek i wspomnę, że tydzień temu wspinaliśmy się bez koszulek i kąpaliśmy w morzu, to nie mogę się nadziwić, że to możliwe jest!

Obejrzyjcie sobie jeszcze fotki na Pikasie Ani i mojej, a na pewno pobiegniecie do kompów rezerwować bilety na samolot 😉

Sardynia, 9-17.XI.2008

Dodaj komentarz