KW w Dolomitach

Ostatecznie się udało! Pomimo drobnych przesunięć terminów i zmianach w składzie, całkiem liczna drużyna z KW udała się w Dolomity. I powróciła 😉

Miejsce docelowe też ewoluowało, ale ostatecznie wykrystalizowało się bazę umieściliśmy u stóp Torre Venezia, niedaleko Rif. Vazzoler.
Nim jednak zakopaliśmy kamień węgielny pod solidny fundament bazy musieliśmy do odległej Italii dotrzeć, czego dokonaliśmy magdziną gwiazdką. Furka ta, pomimo że teoretycznie skroń jej winna siwizną być pokryta, prousza się zwinnie niczym nastolatka, oszczędnie jak Prius i dystyngowanie jak Majbach.
Po przyjeździe jednak w sobotę zeszłą ujrzeliśmy ponury widok zamokniętych ścian dolomickich i po kawie w Cortinie i włóczeniu się w poszukiwaniu jakichś noclegów, postanowilismy od razu atakować nasz ostateczny cel. Tak więc godzinkę później stromym asfaltem podjechaliśmy Val Corpassa i zatrzymaliśmy się tuż przed Rif. Cap. Trieste. Tam przeczekaliśmy deszczową noc i równie deszczowy poranek. Znając jednak prognozy z optymizmem patrzyliśmy ku popołudniu oraz ku północy, bo tam z mgieł coraz mocniej wychylał się wierzchołek Torre Trieste. Niemały…
Wreszcie narzuciliśmy wory i niczym jaki w tempie ślimaków zaczęliśmy naszą odyseję. Oj ciążył wór, paliło słońce, bolały nogi i plecy, pot strumieniami zalewał oczy i tak przez 2h… Ciężki los alpinisty. Uwieńczony jednak znalezieniem pięknej polanki w okolicy Rif. Vazzoler, gdzie rozbiliśmy namioty. A były one dwa, by pomieścić naszą czteroosobową drużynę, podzieloną na dwa zespły – Magda i ja oraz Brado i Rafał. Tak więc, nastał czas akcji, która rozpoczęła się w:

Poniedziałek
My atakujemy Torre Venezia i drogę ‚Tissi’ VI- 560m, ze słynnym trawersem. Ale nim dotrzemy do trawersu… Najpierw ja popieprzę i wykonam obejście półek na samej górze, potem nijak się nie możemy doliczyć wyciągów i opisu i Magda zapycha się (w klasycznym miejscu zapychowym), potem po wykonaniu kruksowego trawersu nie możemy się nadziwić jakie trudne mają tu czwórki, bo przecież miała tu być, aż wreszcie na wyciągu 9 dochodzimy do wniosku (słusznego skądinąd), że jesteśmy według opisu na wyciągu jedenastym (sic!) i wszysko układać się zaczyna w rozsądną całość… Teraz idzie z górki, ale jeszcze kawał górki przed nami. A dokładniej kawał kominów wyjściowych, które niestety prowadzę w padającym deszczu. Na szczęście, to tylko kapuśniaczek i nawet ustaje jak docieramy do wierzchołka. No tempo nie było zawrotne, ale to pierwsza droga przecież. Dobrze, że zjazdy ewidentne i ścieżka oznakowana elegancko. Tego dnia już nie pada więcej.

Wtorek
Prognozy mówią, że deszczyk będzie dziś wcześniejszy, więc uderzamy na drogę krótszą – ‚Goedeke-Rien’ VI+ na Torre Di Babele. Ma 330m. Pomimo że nocą nie padało, to nim podejdziemy pod ścianę nogi całkowicie mamy mokre, takie to trawsko zawilgłe. Ale jeszcze trawersy po eksponowanych półkach i docieramy do pierwszego stanowiska. Zaczyna Magda, i zaczyna od kruksa, bo start okazuje się być mocno trudny. Jak się później okazało to zasada na tej drodze 😉 Najciężej zapalić ze stanowisk. Ale rozkręca się wspianie i robi się coraz ładniejsze. Ostatni Magdy wyciąg to płytka piątkowa ‚senza assecurazioni’ i rzeczywiście, nie wiem jakim cudem udało jej się osadzić jednego aliena, a reszta skradaki robi się bez asekuracji… Teraz moja kolej… Jak zwykle kominy mi przypadły. No i im wyżej tym trudniej. Kawał wspinu jak się okazuje. A na ostatnimy wyciągu to potężnie się napinam w przewieszeniu i dopiero w przewodniku odkrywam, że to miejsce A0. Ale za to mamy całą drogę klasycznie zrobioną! Tym razem zjazdy po klasycznych stanowiskach z haków i pętli, więc komfort mniejszy jak na Torre Venezia. Ale po 4 zjazadach docieramy do żlebu i teraz na nóżkach. Idealnie trafiliśmy, bo tuż po powrocie do bazy zaczęło padać.

Środa
Restdej, więc wylegujemy się najpierw na słonku, a potem idziemy obejrzeć Civettę ze schroniska Rif. Tissi. Widoczki przeurocze po drodze, bo pogoda tego dnia przednia. Jak się okazało, był to najładniejszy dzień naszego wyjazdu, bo lać zaczęło dopiero pod wieczór. Ale straszyło już wcześniej 😉

Czwartek
Prognozy mówią o wcześniejszych opadach, prawdopodobnych już od południa nawet! To pobudka wcześniejesza i start również. Celem jest ‚Andrich-Fae’ V+ na Torre Venezia. Kolejny klasyk. Wiedzie na początku półką po zachodniej stronie, by wystartować pionowo w górę w linii ‚Grande Diedre’ – wielkiego zacięcia na pd-zach ścianie. Bardzo fajna droga, dość ciągowa, bo wszystkie wyciągi są mniej więcej piątkowe. Pierwsze cztery po płytach, takich połupanych, a góra właśnie w Grande Diedre. I tam właściwie cały urok jest ukryty. W zasadzie to skumulowany na drugim wyciągu w tymże zacięciu. Prawdziwy cukierek!
Tym razem poruszamy się sprawnie i szybko i robimy drogę w 4h, tak więc o 11 meldujemy się na wierzchołku. Zjazdy i dojście do namiotu, a tu dopiero trzynasta. Jak na złość oczywiście nie padało wcześnie, a w zasadzie normalnie czyli koło 17tej.

Piątek
Jako że warunki niespecjalnie sprzyjają ekstremom, odsuwamy w kąt plany o drogach na Torre Trieste i po raz kolejny odhaczamy listę klasyków na Torre Venezia. Pozostał jeszcze ‚Ratti-Panzeri’ V+ (420m), który wiedzie oryginalnymi trawersami od ściany zachodniej do aż do południowej. Z rozmachem poprowadzona droga! A trawersy wiodące w totalnej lufie, wcale nie są takie proste. Szczególnie jeden – ten na 3cim wyciągu. Który spokojnie mógł mieć VI.66 dla mnie (a nie V+ jak to piszą w przewodniku). Albo zejście z takiego pipanta za IV+ podczas jedynkowego trawersu… Też ciekawostka 😉 Góra drogi, to już pionowe zacięcie, również stanowiące o uroku. Prostsze jak na ‚Andrichu’, ale równie urokliwe. I tym razem mamy niezłe tempo i drogę robimy w 4,5h.

Sobota
Zgodnie z prognozą padało całą noc, a i pogoda ma być za dnia niewiele lepsza, to modyfikujemy nieco plany i przyspieszamy powrót. Zejście na szczęście nie jest tak koszmarne jak wejście, a i jedzenia przecież sporo ubyło. Na dole czeka na nas gwiazdka, którą sprawnie powracamy do domu.

Nie był to ekstremalny może wyjazd, ale bardzo przyjemny i powiedziałbym wakacyjny. Drogi raczej z dziedziny relaksu, ale niejedno miejsce napinki też było! Socjal i okolica godna polecenia! Jakaż to odmiana w porównianiu z zatłoczonymi Sellami i widokiem samochodów ze ściany. A tutaj? Cisza, spokój… Wspinaczy czy turystów jak na lekarstwo. Na prawdę warto!

PS. Równolegle z nami działały zespóły Brado-Rafał, pokonując zerwy Torre Venezia czy Torre Di Pelsa oraz Docent-Pudel (gdzieś na Tofanie i Cimach) ale o tym napiszą na pewno sami.

I zapraszam do galerii, gdzie troszki fotek obejrzeć można.

Dolomity, 26.VII-2.VIII.2008

Dodaj komentarz