Kornwalia Rev. 2

Drugie podejscie do wspinaczek na klifach Kornwalii… Liczba przejsc znacznie mniejsza jak ostatnio, ale wyjazd rownie owocny.

Podczas gdy mieszkancy Gliwic stawiali czola pierwszym opadom sniegu, ja zajmowalem sie planowaniem weekendu, ktory pomimo nie do konca optymistycznych prognoz zapowiadal sie dobrze. Tym razem w pojedynke, opuszczony przez Docenta, ktory postanowil ocenic jakosc polskiego sniegu, udalem sie do Truro, do znanej nam juz miejscowki u Wojtka.
Krotki dzien zmusil mnie do wczesnego startu, ale okazalo sie to nie lada zaleta, bo znikomy ruch umozliwil plynna jazde.

Kwadrans po osmej w sobote zapukalem w kuchenne drzwi apartamentu zamieszkalego przez Ize i Wojtka. Otworzyl gospodarz, w garsci dzierzac krysztalowy kieliszek od wodki, wypelniony sola, a w drugiej rece, zgodnie z tradycja, paczke chleba tostowego. Posiliwszy sie, tym jakze prostym daniem rozpoczelismy przepak do Wojtkowego Rovera. Nie omieszkalismy obudzic Sary – lokalnej nauczycielki, ktora chciala uderzyc na wspin z nami. Na szczescie mieszka w sasiedniej miejscowosci, wiec miala troche czasu na poranne oblucje. Zreszta nie kryla zaskoczenia, jakim cudem, ja z Londynu jestem o tej porze u nich.

I tak nasza swieta trojca kolo godziny dziesiatej stanela na eleganckiej polce, szykujac sie do zjazdu do podstawy sciany Great Zawn. Z wyuczonym profesjonalizmem, Wojtek rzuca line zjazdowa. Rownie profesjonalnie, polowa liny laduje w oceanie…. No coz… Trzeba ja bedzie wykapac. Ale nie przejmuje sie tym zbytnio, bo to mnie przyjdzie zaszczyt rozpaczac prowadzenia tego dnia. ‚The Variety Show’ HVS 5a kusi piekna rysa, kolo 20m dlugosci, dobrze asekurowalna w/g przewodnika. Sara poleca linie jako bardzo przyjemna wspinaczke. Przystepuje do dzialania. Posuwam sie do gory, asekuracja rzeczywiscie dobra. Juz mialem nadzieje, ze koniec, ale wita mnie kruks. Wejscie na plaska polke, niestety bez dobrych chwytow. Napinam sie jednak i pare metrow wyzej szykuje stanowisko. Pierwsza idzie Sara, wiec podczas wspinania Wojtka mamy czas pogaworzyc o okolicy. Teraz mi mowi, ze jej sie zapomnialo mi powiedziec, ze crux jest na polce i warto miec duzego frienda do asekuracji z plaskiej rysy. Oczywiscie friend ow zostal na dole… Dodaje rowniez, ze podczas jej prowadzenia poszybowala stamtad, ale mnie szczesliwie udalo sie pokonac wyciag czysto i klasycznie. Zmieniamy sie na prowadzeniu i drugi wyciag robi Wojtek. Teraz juz latwiej i po chwili jestesmy na sciezce zejsciowej. Schodzimy kawalek, do naszego zjazdu i znow jestesmy u podstawy sciany.

Teraz cos dla Wojtka: ‚Green Cormorant Face’ E2 5c. Najgorszy jest poczatek… Bowiem droga zaczyna sie z polki, na ktora trzeba wykonac skok ponad szczelina. Jakies 8m ponizej chlupie sobie ocean, a my szacujemy odleglosc do polki. Niby jakies 1,5m ale wydaje sie daleko. Dobrze, ze jest nieco nizej wiec skacze sie w dol. Robimy cos na ksztalt stanowiska i asekuruje Wojtka podczas skoku. Mowi, ze tylko strasznie wyglada, ale nic poza tym. Teraz montuje stanowisko na polce i skacze Sara, asekurowana z dwoch stron. Na koniec ja likwiduje swoje stanowisko i asekurowany przez Wojtka laduje u jego stop 😉 Troszki sie balem, ale rzeczywiscie nie bylo tak strasznie.
Wojtek zaczyna sie wspinac, widac, ze nie jest calkowicie latwo, ale osiaga polke i zaklada stan. Sciaga Sare, a potem mnie. Teraz kruksowy wyciag. Ewidentnie najtrudniejszy jest start. Widac jeszcze pozostalosci po hakach, bo ryska pokonana zostala hakowo przez autorow drogi. Wojtek napiera. Jest 2m nad nami wiec widac wysilek. Asekuruje sie z najmniejszych kostek w cienkiej rysie. Ale jeszcze pare skurczy i staje w dobrych stopniach. Teraz idzie mu sprawniej, widac ze sie ulatwilo. Wyciag jest dlugi, ale juz siada w stanowisku i zaczyna mnie sciagac. Sporo mnie kosztowalo wyciaganie jego przelotow, bo pozycje parszywe i nie ma sie za bardzo czego trzymac. Oczywisce zlosliwie nie chca wyjsc 🙂 Na szczescie i ja pokonuje kruksa, nieco innym patentem od Wojtka, bo wszedlem druga reka w kluczowy chwyt, a nie umialem juz zmienic. Ale daje rade. Odsapne se chwilke tylko i szybko do niego docieram.
Jako, ze polka ciasna podchodze jeszcze troche do gory, na wygodny trawnik i moge obserwowac zmagania Sary. Wymusza na Wojtku sztywnego bloka i daje rade. Po chwili sciagam ich do siebie. Okazuje sie, ze w zasadzie to musimy jeszcze jeden wyciag do gory zrobic, takimi przewieszonymi trawami, bo nijak sie nie da stamtad dojsc do sciezki. Jeszcze sobie cykamy pare fotek na wierzcholku i zbieramy sie na dol. Mielismy plan zrobic jakis szybki wspin, ale na szczescie nam przeszlo, bo nim zwinelismy zjazd i przeszpeilismy sie, to zaczyna zmierzchac. Jak o 17 wsiadamy do auta to juz calkiem jest ciemno.

Odwozimy Sare do Camborne (albo okolicy, bo dokladnie nie zapamietalem gdzie mieszka) i skoczymy jeszcze na plaze do St. Agnes – piekna zatoczka, z szeroka piaszczysta plaza, dookola skaly wysokie – to jedno z miejsc gdzie surferzy sobie plywaja. Tuz przy plazy jest Blue Cafe gdzie jemy sobie z Wojtkiem pizze i wypijamy po browarku.

Tak sobie jeszcze u Wojtka plotkujemy w domu i saczymy trunki w towarzystwie Izy i jej siostry oraz kolezanki i kolo polnocy kimka.

Niedziela nie nastraja optymistycznie, ale padac, nie pada. Tylko mokro dosc. Postanawiamy na chojraka jednak jechac do Sennen, liczac, ze sie uda. Rzeczywiscie po drodze pogoda jakby sie poprawia. I tym razem jedziemy we trojke. Ale towarzyszy nam siostra Izy, ktora probuje zahaczyc sie na wyspie.
Parkujemy furke i idziemy w skaly, pogoda ciagle obiecujaca. Kawalek jest do zejscia, ale pomimo ze skala dosc mokra to dajemy rade. Szpeje sie do dorgi i atakuje ‚Slim’ VS 5a. Bardzo ladna ryska, co prawda mokra 😉 Ale na szczescie trudnosci niewielkie to udaje sie przedrzec, u gory jeszcze troche lazenia po sporych polkach. Niestety jak jestem na gorze zaczynam mocniej padac, a Wojtek dolacza do mnie w strugach deszczu. szybciutko zjezdzamy i zwijamy sie do gory.

Niestety to jedyna droga jaka udalo sie zrobic. Co prawda szybko przestalo padac, ale skaly kompletnie mokre. Idziemy zatem na zwiedzanie Sennen, a potem Land’s End. Pogoda robi sie w kratke – silny wiatr, co chwile slonce i deszcz. Tak, ze rzeczywiscie nadaje sie jednynie na spacer. I sprzyja teczom 😉

Konczymy kawka w knajpce w Land’s End i powrot do Wojtka do Truro. Mnie czeka jeszcze 230 mil do domu, wiec staram sie szybko zwinac. Ford Focus jednak sunie bez zarzutu, i pomimo parszywej pogody, chwile po 22 jestem W Farnborough.

Cos powoli sie konczy sezon chyba tutaj… Zimno sie robi i deszczowo. Jaka to radosc, ze nastepny weekend bedzie w Hiszpanii (a jak wiemy Hiszpania jest sloneczna i ciepla). Fotki jak zwykle po powrocie umieszcze na Picasie.

Stecu

Dodaj komentarz