Hochschwab – nowe horyzonty

„Kto nie idzie do przodu, ten się cofa.”
Zaczyna się zwykle od Hollentalu. Kiedyś był tam free camp, było tanio, wielowyciągowy rejon blisko Polski, no jednym słowem klasyk. Paklenica to już urlop co najmniej tygodniowy (na krócej się nie opłaca), bo warto zrobić tak ze dwie-trzy drogi na Anicy Kuk. Podobnie Arco – tydzień to minimum, ale wspinanie wielowyciągowe polecamy głównie wiosną i jesienią, gdyż wysokie ściany w dolinie Sarca maja wystawę południową, a w lato Arcowe słonko bywa zjadliwe. Jak już wszystkie popularne miejscówki są nam dobrze znane, to naturalnym pytaniem jest „co dalej?”.

„Hochschwab – blisko czy daleko?”

Nie warto wyważać otwartych drzwi, dlatego inspiracją mogą być decyzje starych wyjadaczy. Thomas Behm to kustosz rejonów położonych niedaleko Wiednia, a mianowicie Hohe Wandu i wspomnianego wcześniej Hollentalu. To on wytyczył i wyposażył w spity co najmniej połowę dróg w tych dwóch rejonach, aż w końcu stanął przed podobnym dylematem dotyczącym rozwoju i eksploracji nowych miejsc. Rozwiązaniem było wyznaczenie sobie do eksploracji nowego rejonu, jakim jest Hochschwab. Rejon ten jest nieco dalej położony od Wiednia niż Hohe Wand i Hollental. Niestety też nie jest już tak, że pod ścianę dojdziemy w pół godziny. Tutaj zwykle zajmuje to około półtorej do dwóch godzin z parkingu, a ze schronisk zwykle do godziny. Tłoku pod drogami raczej nie powinniśmy się obawiać. Za to jakość obicia jest raczej z „tych lepszych”. W czerwcu 2020 Thomas Behm wraz z dwójką znajomych wspinaczy (Martin Gumpold, Christian Leitinger) opublikowali bardzo szczegółowy i profesjonalny przewodnik wspinaczkowy po tym rejonie (lektura obowiązkowa, bo to najbardziej profesjonalne Topo jakie widziałem – dwa i pół kilo wiedzy ze wszystkim co potrzebne, żeby orientować się co robić i czego się spodziewać w danej ścianie/drodze).

„Jak zwykle logistyka”

Wyjechaliśmy naszą „czarną perłą” z Gliwic i po 5 godzinach byliśmy w Austrii. Urlop pandemiczny oznaczał dodatkowy dreszczyk emocji. Oprócz całej logistyki związanej z wyjazdem nasz polski rząd dorzucał drobny zastrzyk adrenaliny w postaci losowo wybieranych restrykcji np. wprowadzany z dnia na dzień obowiązek odbycia przymusowej kwarantanny. Często mam wrażenie, że ponurzy panowie wręcz lubują się w ustalaniu nowego pakietu restrykcji w nocy, pomiędzy 3:00 a 4:00. W Hollentalu zameldowaliśmy się na campie Park ‘n’ Camp pod kolejką Rax-Seilbahn. Czysto, spokojnie, ale za opłatą. Na kilkudniowe wypady zwykle korzystamy z Weichtalhausu i gościnności Manfreda (tak na marginesie polecamy jajecznicę, którą robi Manfred – paliwo na cały dzień, bo to co najmniej 1800kcal.). Tym razem chińska zaraza wzbudziła panikę we wszystkich i niestety schronisko było zamknięte. Jako rozgrzewkę urlopową zrobiliśmy dobrze nam znany klasyk Himmelsleiter. Jest to 300m bardzo przyjemnego i relaksującego wspinania w ludzkich trudnościach (miejscami do 6+). Po rozgrzewce był dzień relaksu w słonku i z piwkiem w ręku na ławeczkach górskiej kolejki (poniżej foto). W końcu jakby nie było to urlop i kufelek piwka wyczerpanemu człowiekowi po prostu się należy (widok cudny, paralotnie latają prawie na wyciągnięcie ręki, starsza pani stolik obok podsiadła bezczelnie młodsze małżeństwo i udawała, że nie wie o co chodzi). Urlop w całej swej okazałości – oddychaliśmy pełną piersią, krystalicznie czystym powietrzem i humorem sytuacyjnym. Ale żeby nie było za leniwie to kolejnego dnia wyruszyliśmy do Hochschwabu.


Piwko pod kolejką

„Pod górkę”

Około 10 rano dojechaliśmy na parking przy kurorcie Bodenbauer i z plecakami wyruszyliśmy do schroniska Schiestlhaus. Pierwotnie zakładaliśmy nocować w schronisku Voisthalerhutte (znacznie szybsze podejście), ale ze względu na trwającą jego rozbudowę miejsc niestety dla nas brakło. Z parkingu do Schiestlhausu jest około 5 godzin marszu i niecałe 1300 m przewyższenia. Po około dwóch godzinach marszu pojawiła się przed nami dość spora ściana, którą początkowo przez omyłkę uważaliśmy za naszą docelową ścianę (najwyższy szczyt rejonu z naszą ścianą ma tę samą nazwę co sam rejon – Hochschwab). Jednak nie zgadzała się wystawa oraz czas podejścia. Po wyjściu na przełęcz wszystko się wyjaśniło – to co widzieliśmy było Gschirrmauerem, czyli zachodnimi ścianami szczytu Karlhochkogel, za to na wprost ukazały się nam w pełnej okazałości ściany Hochschwabu. Po minięciu biwaku Fleischer (górski schron, gdzie można w razie potrzeby „przekimać”) szybko doszliśmy do naszego schroniska Schiestlhaus. Pozory obostrzeń pandemicznych były tu zachowane, ale nie ma się co czarować ludzie raz zakładali maseczki, a raz je zdejmowali. Starszy pan pił piwko przy stoliku następnie wstał i podszedł 1 m do baru już w maseczce (ogólnie to nie tylko w Polsce spotykamy absurdy pandemiczne). Po konsumpcji pysznego piwka (ciężko żeby było inne niż pyszne za cenę 5euro) zdecydowaliśmy się na dawno wybraną przez nas drogę jako cel kolejnego dnia. Była to droga Lufthammer (250m, wycena 6+) kończąca się na szczycie Kleiner Schwab.

„Tarty wspinacz”

W nocy nad nami przeszedł front burzowy (do 3 nad ranem waliło gradem). Pobudka o 7, potem śniadanie tak drogie jak nocleg (16 € od łebka) i o 8 wyszliśmy ze schroniska. Na zejście pod podstawę ściany zeszło nam około godziny i piętnastu minut. O dziwo po nocnych pogodowych przebojach słonko wesoło przebijało przez chmury. Wejście w drogę znaleźliśmy stosunkowo łatwo – początek drogi znajduje się troszkę powyżej łaty z trawy w kształcie serca. Pierwszy wyciąg to przyjemna rozgrzewkowa 5+. Na drugim wyciągu podobno jest crux za 6+, ale trzeba się postarać żeby go znaleźć �� – prawdopodobnie trzeba wejść w płytę po prawej stronie i wykonać dwa ruchy, aby z powrotem wrócić do łatwiejszej opcji (nawiasem mówiąc świetnej płyty). Trzeci wyciąg to typowy parch plus kruszyzna z miejscami za 4. Czwarty, piąty i szósty wyciąg to bardzo przyjemne wspinanie z trudnościami nie przekraczającymi 6-. Wyciąg 7 to jest to po co wchodzi się w tę drogę. Na topo wycena to 6- i w rzeczywistości trudności faktycznie nie przekraczają 6, ale jest to bardzo techniczne wspinanie się rynnami. Całe szczęście nie są tak ostre jak rynny w Paklenicy, które to kojarzą mi się z tym, że działają w momencie lotu jak tarka do sera. Paklenicowe szabelki to tarka, wspinacz jest tartym serem, albo raczej krwistym befsztyczkiem, a sama droga na Anicy nazywa się Juha  (nie miej tu człowieku dramatycznych skojarzeń). Tu jest znacznie przyjemniej, bo rynny nie są tak ostre, ale technika jest ta sama co na paklenickich szabelkach. Sam wyciąg jest ciągowy (prawie 50m wspinu) pomimo relatywnie niskiej wyceny. Ostatni 8 wyciąg to łatwiejsza i krótsza powtórka wyciągu 7. Po skończeniu drogi wychodzi się na szczyt Kleiner Schwabu skąd do schroniska jest spacerkiem 10minut.


Zdjęcie z “Hochschwab Kletterführer”, 2020 Martin Gumpold, Christian Leitinger, Thomas Behm. Fotografia zamieszczona dzięki uprzejmej zgodzie Hochschwab Gesbr (“with pleasure agreement from Hochschwab Gesbr”).


Zdjęcie z “Hochschwab Kletterführer”, 2020 Martin Gumpold, Christian Leitinger, Thomas Behm. Fotografia zamieszczona dzięki uprzejmej zgodzie Hochschwab Gesbr (“with pleasure agreement from Hochschwab Gesbr”).


Przed wejściem w drogę


Po skończeniu drogi na szczycie Kleiner
Schwabu


Po skończeniu drogi z widokiem na schronisko


W schronisku

„A ludzie przychodzą i odchodzą”
Po skończonej „oesem” drodze, wiadomo należy się piwko, bo czymże byłby nasz „piwowspin” bez wieczornej celebracji odniesionego za dnia zwycięstwa („piwowspin” to pojęcie którego jestem autorem – prawa autorskie zastrzeżone z wszelkimi konsekwencjami prawnymi). Wspomniałem już o więcej niż luźnym podejściu do obostrzeń covidowych przez obsługę i gości, ale nie wspomniałem, że część obsługi cały czas „coś dziwnego” popala i upalona obsługuje gości . W momencie jak siedzieliśmy na tarasie to obok usiadł sobie rozmarzony kucharzo-kelner i zapaliwszy substancję, która prawdopodobnie mocno rozszerza świadomość oraz uaktywnia normalnie nieaktywne obszary mózgu, podsumował swoją pracę następującym stwierdzeniem ”…ludzie przychodzą, jedzą śniadanie i odchodzą…”. Zabrzmiało to jak stwierdzenie Heraklity z Efezu, że „Wszystko płynie – panta rhei”, albo jak Szekspirowskie „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. Powiem Wam – ciekawych ludzi można spotkać wszędzie (na przykład kucharzo-filozofa).

„Stare, sprawdzone Hollentalowe śmieci”

Ze względu na prognozy i ceny schroniskowe postanowiliśmy kolejnego dnia wrócić do Hollentalu. Zejście poszło oczywiście znacznie szybciej niż podchodzenie, bo około 4 godzin. Po analizie logistycznej doszliśmy do wniosku, że na przyszłość nocować będziemy w schronisku Voisthalerhutte. Dojście z tego schroniska pod główną ścianę rejonu jest praktycznie takie samo jak do Schiestlhausu, ale plusem jest to, że nie trzeba z auta do schroniska iść pięć godzin tylko dwie i pół.

„Odgrzewany bigos najlepiej smakuje”

Po jednodniowym odpoczynku na Hollentalowym campingu wybraliśmy się na jednego wg naszej opinii najlepszego klasyka regionu. Mowa tu o drodze Des Kessels neue Kleider w rejonie Stadlwand. Droga długa bo ma 650m, wycena to 7, ale nie jest obciążająca i ma w sobie to „coś”. Drogę robiliśmy kilka lat wcześniej, więc wiedzieliśmy czego się spodziewać. To jedna z tych dróg do których trzeba się wstawić o ósmej rano, bo inaczej może być problem z powrotem po ciemku. Jak już wspomniałem droga nie niszczy psychiki, bo główna trudność to 3-metrowe zacięcie, które nie koniecznie ma wycenę 7 (chyba, że na drodze wielowyciągowej podchodzimy do sprawy jak ortodoksyjny wspinacz sportowy i nie łapiemy się oddalonych o metr na lewo chwytów – wtedy ma 7). Reszta wyciągów nie przekracza 6+, ale co nie oznacza że są łatwe. Niektóre z nich to ciągowe trzydziesto – czerdziesto metrowe odcinki. Jeden z ładniejszych odcinków to tak zwana przez nas „Ścianka Gejów”. Para zajebistych gości w 2012r wspinając się właśnie tą płytą poratowała nas dając nam swoje topo. Wspinaliśmy się wtedy bliźniaczą, aczkolwiek w naszej subiektywnej opinii trudniejszą drogą obok. Bliźniacza droga nazywa się Durstrecke i ma trudniejszy crux, bo wyceniłbym go na solidne 7 (i to nie w miejscu zaznaczonym na topo). A że wiało mocno i wyrwało mi z ręki topo, a że potem nie wstawiliśmy się w pierwotnie planowaną drogę i zamiast 330m wspinu było 630m, to już zupełnie inna historia (ziomki pomogli nam dając topo i chwała im za to). Wisienką na torcie drogi Des Kessels jest ostatni wyciąg wyceniony na 6+ (moja wycena to 7-). Bardzo techniczna płyta po kilkunastu wcześniej zrobionych wyciągach potrafi zniszczyć człowieka. Da się ją obejść w łatwy sposób, ale wycena ma wtedy około 5 – nie warto jednak obchodzić – bo jak Bukartyk śpiewa „…trzeba mieć ambicję…”. Po skończeniu drogi wychodzi się na przecudowną alpejską łączkę, rośnie tu pełno ostów górskich i sam klimat tego miejsca powala. Zejście do parkingu trwa około godziny i piętnastu minut. Długa droga znaczy głodny człowiek. Oczywiście tradycja pozostaje tradycją i trzeba jej dochować – najpierw był piwowspin, a potem odgrzaliśmy posiłek bogów, czyli Bigos (koniecznie przez duże „B”). Ten Bigos to był istny wypas. Z biegiem lat dopracowaliśmy recepturę Bigosu do perfekcji, znaczy Aga dopracowała. Bigos miał nawet kawałki dziczyzny. Stop – informacja z ostatniej chwili (korekta autora i jednocześnie właściciela receptury) „Bigos ma przede wszystkim kawałki dziczyzny”. Moim zdaniem miał nawet aromat ściółki leśnej i żołędzi, które wcześniej wesoło konsumował dzik. Reasumując konkluzją dnia było stwierdzenie: „Drogi wspinaczkowe jak Bigos – odgrzewane smakują najlepiej”.


Topo z “Kletterführer: Höllenthal, Rax und Schneeberg” 2013, Thomas Behm. Fotografia zamieszczona dzięki uprzejmej zgodzie Thomas Behm (“with pleasure agreement from Thomas Behm”).

„Uwaga na sople”

Oczywiście po 650 metrach wspinu i 18 wyciągach, należał się nam dzień odpoczynku. Pobyt w Piekielnej Dolinie (przyp. tłum. Hollental) zakończyliśmy drogą Weichtaler Trachtenkirtag. Podejście pod drogę to 10 min z parkingu, więc daleko ni ma. Droga ma sportowe obicie (co 2 do 3 m, a w trudnościach co 1,5m jest spit). Wycena cruxu w drodze to 7 i faktycznie jest tam aż jeden ruch z tą wyceną. To na co trzeba zwrócić szczególną uwagę to głaz w kształcie obłego sopla na piątym wyciągu. Postępująca z czasem erozja poluźniła przytwierdzony do ściany kilkusetkilogramowy głaz. Znajduje się on w trudnościach około 5, ale najgorsze jest to, że jest on w linii prostej około 30 metrów ponad asekurantem. W przypadku obrywu wątpię, aby osoba asekurująca to przeżyła. Reasumując droga ma dobre obicie, ma łatwą wycenę, ale jest niebezpieczna, więc raczej tam nie wrócimy.


Topo z “Kletterführer: Höllenthal, Rax und Schneeberg” 2013, Thomas Behm. Fotografia zamieszczona dzięki uprzejmej zgodzie Thomas Behm (“with pleasure agreement from Thomas Behm”).

„Ale w koło jest wesoło”

4 drogi w tydzień, napięcie okołocovidowe i niepewne prognozy pogody powodują, że zdecydowaliśmy się resztę urlopu spędzić na relaksie w naszych lokalnych górach, czyli Beskidach. Wybór padł na Szczyrk. Co ciekawe miejscowość była pełna wczasowiczów na emeryturze. W naszym hotelu byliśmy pod względem wieku mniejszością. Doprowadziło to do zabawnych sytuacji podczas śniadań. Śniadania podawano od godziny 9:00, więc na pierwsze pojawiliśmy się o 8:55. Okazało się, że usiedliśmy przy stoliku nieformalnie należącym do dwójki seniorów (prawdopodobnie śniadali przy tym stoliku przez kilka dni i się mocno z nim zżyli). Dwójka seniorów musiała usiąść przy innym stoliku do którego przyzwyczajona była inna para seniorów. Reakcja była łańcuchowa i spowodowała mnóstwo niezręcznych, zupełnie zbędnych, aczkolwiek socjologicznie niezwykle ciekawych sytuacji. Wynikiem wszystkiego na drugi i trzeci dzień (spędziliśmy tam trzy dni) o godzinie 8:45 pod drzwiami stołówki ustawiał się ogonek milczących osób (wszystko dlatego, że każdy musi mieć swój ulubiony stolik). Suma summarum Szczyrk to bardzo pozytywne miejsce na wypoczynek, a okoliczne lasy są pełne smakowitych grzybów, ale o tym jakie mordercze instynkty powoduje grzybobranie i co to jest „grzyb ropniak” dowiecie się z kolejnego felietonu planowanego na ten rok (roboczy tytuł to „grzybowspin”).

Autor artykułu: Leszek Vogel

Dodaj komentarz