Grecka wyspa Kalymnos

Kalymnos to bez wątpienia najlepszy rejon wspinaczkowy w Europie. Jest tam wszystko, czego wspinacz potrzebuje, a nawet więcej, czyli super ekstra skały, orzeźwiające morze, tanie spanie w przytulnych hotelikach (tzw. studio) – za 10 euro (w sezonie, czyli w lipcu i sierpniu) od osoby z klimatyzacją, aneksem kuchennym, łazienką, basenem i widokiem z jednej strony na morze, a z drugiej na Grande Grotta – no i przejrzystość rejonu, który nie wymaga szukania sektorów ani dróg, ponieważ wszystko jest opisane w ogólnie dostępnym topo: http://www.kalymnos-isl.gr/portal/en/climb/ (zakładka Equipping) oraz markerem na skałach, a przy jedynej drodze asfaltowej znajdują się słupki wyznaczające szlaki pod każdy sektor. Można też zaopatrzyć się w kolorowy podręcznik za 35 euro, ale drukowane kartki są zupełnie wystarczające.

Na samym początku chciałabym zdementować powszechną plotkę, że w lipcu i sierpniu na wyspie się nie można wspinać. Uwaga! Wspinać się można; wiatr wieje (raz było nam zimno!), skały do 14-15 są w cieniu, doskonale chroniąc strudzonych łojantów przed przegrzaniem. Jadąc tam w lecie, trzeba się przygotować na wojskowy tryb życia, związany głównie z dyscypliną. Pobudka w naszym przypadku miała miejsce o bezlitosnej 6:30, po czym spożywaliśmy kaloryczny posiłek na naszym widokowym tarasie i wędrowaliśmy w skały. Mieszkając w Massouri (najpopularniejsza wioska wspinaczkowa) na piechotę można dojść do kilkunastu sektorów, z czego najpiękniejsza Grande Grotta i Panorama są na wyciągnięcie ręki. Te kilkanaście sektorów oferuje wspinanie na każdym poziomie z drogami o największej liczbie gwiazdek i długości przeciętnie od 25 do 35 metrów. Na Odysei, najbardziej znanym sektorze, drogi są nieco krótsze, ok 22-25 m. Chętni mogą wypożyczyć skutery – w Sakis studio 10 euro na dobę; prawie nic nie palą – i udać się do dalszych sektorów, np. do pięknego Ghost/seaside Kitchen lub Palace, z fantastycznymi stalaktytami i innymi ciekawymi tworami skalnymi. Hasło na plakatach na wyspie brzmi: „Little Kalymnos – too big to be climbed”. Coś jest na rzeczy. Nie da się tego owspinać; trzeba by tam siedzieć z pół roku i na żadną drogę nie iść 2 razy – może wtedy by się dało… Dróg na każdym poziomie (nawet 3+ obili) jest multum! Nie mam dużego porównania, bo wspinam się na poziomie szóstek, ale słyszałam od bardziej doświadczonych kolegów, że na Kalymnosie nie można się znudzić. Drogi połogie, pionowe i słynne przewieszenia – coś pięknego! A najważniejsze jest to, że na te drogi da się wchodzić, że się idzie, a nie stoi na piciokach i trzęsie przy każdej kolejnej mini dziurce (staram się nie ubliżać naszemu parkowi jurajskiemu, ale chyba to nieuniknione…). Nie jest tak, że jest jeden trudny ruch i po wszystkim… Jest tak, że drogi trzymają od początku do końca i człowiek idzie, jest w połowie i myśli sobie: ale ekstra! Przyjemność wspinania jest nieporównywalna. Widoki są cudne – z tyłu morze, po bokach cudowne skały i wspinacze ze wszystkich stron świata. Są tam też sektory, jak Spartakus (zajebisty!), gdzie można się wspinać dłużej, a także inne, na których można siedzieć do wieczora, ale na te już nie dotarliśmy. My około 15 zwlekaliśmy się z góry i szliśmy nad morze, zahaczając po drodze o pyszną kawę frappe w knajpie u grubych, ale serdecznych sióstr. Spacer z sektorów to dobre roztrenowanie, a morze doskonale leczy i odkaża rany po wspinie. Wieczór to przeważnie smakowanie greckiej kuchni w przydrożnych knajpach (polecam restaurację Prego – ta akurat była włoska) i spożywanie Metaxy i Ouzo na tarasie w hotelu. Jak grzeczne dzieci i zmęczeni jak psy, o 23 już spaliśmy, czekając na kolejną 6:30.

Opowiadać i zachwycać się można by długo. Zamieszczam kilka zdjęć. Chętnie też udzielę informacji dotyczących dojazdu itd., itp. Można się ze mną śmiało kontaktować.

Ja już czekam na przyszły rok. Mam tam parę rzeczy do rozliczenia i jeszcze więcej do poznania.

Pozdrawiam,

Dilara

 

ps. jeszcze jeden extra filmik: http://video.google.fr/videoplay?docid=-6182618674440557533

Dodaj komentarz