Frankenjura

 

Tegoroczne Boże Ciało spędziłam na Franken. Dużo się o tym miejscu nasłuchałam, szczególnie jak zaczynałam przygodę ze wspinaczką kilka lat temu, i miałam wtedy wrażenie, że wszyscy jeżdżą na Franken. Teraz to raczej jeździ (lub lata) się do Hiszpanii, do Włoch, do Turcji i Maroka… Niemcy zostały jakoś tak odstawione na bok, takie miejsce na gorsze czasy.

Ponieważ i u mnie nastały gorsze czasy – czasu mam coraz mniej, a potrzeba przygody wcale się nie zmniejszyła – wybrałam się ze znajomymi na Franken. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego wyjazdu, gdyż gdyby nie aura, siedziałabym w tak zachwalanym Ospie lub w Adlitz. Wakacje w Niemczech nie były moim marzeniem – Haribo i Hanuta to nie jest dzisiaj towar deficytowy, a chodzenie po krzokach celem znalezienia rejonu to nie jest to, co lubię najbardziej. No ale stało się, pomknęliśmy, jak się okazało w 95% autostradą, i w mig dotarliśmy do miejsca tak zachwalanego przez Cojonesa. Właściwie słuchając go w samochodzie, miałam wrażenie, że Franken nie ma żadnych wad. Czy to możliwe? Potakiwałam pobłażliwie na tylnym siedzeniu.

Dotarliśmy na miejsce. Wspinanie okazało się generalnie harde, inne, nawet momentami ciekawe. Przekonaliśmy się na przykład, że niektóre siódemki są trudniejsze od ósemek, a szóstek, jako że są łatwe, to w zasadzie nie trzeba obijać, a już na pewno nie na dole. Bo co z tego, że za plecami masz przepaść, a przed sobą ścianę z pierwszą wpiną na 9. metrze? Żadnego Helmuta to nie przestraszy. Dobrze, że Mariusz wozi ze sobą wędkę. Nie raz wyśmiano nas z tego powodu na Jurze, ale na Franken nikt się z nas nie śmiał. Tam można robić pierwszą bezpieczną i można podobno ciągnąć z łańcucha, tylko że problem był taki, że żadnego łańcucha nie udało mi się dojrzeć, a stanowisko dwupunktowe to rzadkość, która powodowała, że wpadałam w euforię. Kilka razy zbierałam szpej, wisząc na jednym srebrnym punkcie, i na ten czas zmieniałam się w nawróconą i grzeczną dziewczynę z modlitwą na ustach.

Bawaria jest przepiękna. Akurat wstrzeliliśmy się we wspaniałą pogodę i może to jakoś bardziej mnie rozczuliło, ale momentami żałowałam, że nie nazywam się Helga. Tak jakoś ładnie tam, czysto, ludzie są bardzo sympatyczni, pomocni, życzliwi. Zjeździliśmy Franken z północy na południe. Robiliśmy to, co wszyscy – odwiedziliśmy cudowny Bamberg, braliśmy prysznic na basenie, udało nam się spędzić noc w krzokach, na kempie i na wiacie. Było bardzo kolorowo i różnorodnie. Nawet jednego dnia wyciągnęłam chłopaków na basen odkryty, który okazał się malowniczym stawem przepływowym z rześką wodą o temperaturze +18 i wspaniałym miejscem na dzień restowy. Złapaliśmy brąz, byliśmy coraz ładniejsi i mocniejsi.

Wspinaliśmy się w 2 miejscach. W pierwszym miejscu (okolice Rote Wand na północy) Mario przeszedł Johna Lenona za 8- oesem, a Janek Mambo za 9- RP. Nie jestem w stanie wymienić innych fleszów, RP i oesów, ale padały jeden za drugim. W drugim miejscu (Algersdorfer Wand na południu) było bardziej górsko i tam również kilku szczytowało na Brennpunkt (8/8+), a mnie się udało wreszcie coś poprowadzić i zaliczyłam jedną 7+ oesem (albo miałam nagły przypływ siły, albo to było bardzo łatwe).

Na Frankenjurę wrócę na pewno. Polecam wszystkim i pozdrawiam gliwicką ekipę, która tłumnie zjechała się tam w długi weekend czerwcowy. Już nie kiwam głową pobłażliwie. Podzielam opinię mocnego kolegi.

 

Dodaj komentarz