Dzień anaerobowy

Mając (po raz kolejny) ostatnią szansę na wspin na Wyspie, skorzystałem (po raz kolejny) z niej skrzętnie. Tym razem Gritstone.Sari, która była w weekend w odwiedzinach u znajomego w Sheffield zaproponowała Stanage. Skrzętnie się zgodziłem, bo z gritem to niewiele miałem doczynienia. Tyle co z Docentem, jeden dzień w zimie na Curbar Edge. A, że rejon w nazywa się Stanage Popular, to musi być popularny, czyż nie miażdżąco prostolinijną prezentuję logikę?Opuszczając Farnborough minorowy miałem nastrój bo lało jak z cebra, ale im dalej na północ tym robiło się lepiej. Po 3h jazdy ujrzałem grzebiet Stanage. Na szczęście tutaj było sucho, do tego niestety wietrznie i rześko. Na pierwszy rzut oka, to Grit wygląda jak nasza Hejsza. Tylko lasu tam nie ma, wiec z drogi widac skały. No i Stanage wysokością również nie grzeszy. Najwyższe skałki mają około 25m wysokości.Po paru minutach byliśmy pod skałami. Zaskoczony byłem, ale już sporo zespołów się wspinało! W taką pogodę… Pewnie wszyscy tu przyjechali bo to jednak ‚popular’ rejon.Zimno nieco bo jakies 8 stopni, do tego wiatr przeszywajacy, to wiem, ze nie bedzie latwo. Ale co tam, trza atakowac i uzbrajam się w nowozakupione kostki uzupełnione o inne utensylia wzięte od Sari. Na pierwszy ogien idzie ‚Hargreaves’ Original Route’ VS 4c. Trzygwiazdkowy klasyk, Top50 itd. Kazdy musi zrobic 😉 Rzeczywiscie droga bardzo ładna. Skala bardzo przypomina tę z Narożniaka w piachach. Tylko ringów nie ma. Na początku pionik, potem robi się połogo, a chwyty robią się obłe.Teraz przychodzi kolejka Sari, mówi że nie czuje się najpewniej w takich skałach, bo w porównaniu z Walią, to żadnych pożądnych chwytów nie ma. Tak więc mniej ambitnie uderza na ‚Robin Hood’s Right-hand Buttress Direct’ HS 4a. Niestety po zużyciu wszystkich większych camów na poziomej rysie, nie decyduje się na atak powyżej, jakoś jej nie żarło. Wycofuje się więc i uderzam znów ja. Wyciągnowszy większość przelotów, mogę atakować powyżej. Zresztą w zasadzie niepotrzebnie je wyciągałem, bo górna część okazuje się łatwa bardzo.Sari dziękuje za prowadzenia, bo jakoś nie ma na to sił i ochoty, więc ponownie przystępuję do akcji. Idę na ‚Cold Turkey’ HVS 5a, które biegnie parę metrów na prawo. Środkiem gładkiej płyty. To klasyczna tarciowa linia, po oblakach. Na szczęście ‚friction was top’ więc miałem sporo czasu na osadzanie przelotów stojąc na obłych bambułach. Nie chciały cholery siadać nic a nic. Człowiek się nic nie męczy na takiej drodze, bo w zasadzie wszędzie może odstać, ale aby z tego resta zapalić, to jakoś nigdy się nie można zdecydować.Schodząc pod skały wypatrzyłem fajną ryskę pionową, więc sprawdziłem w przewodniku co to. Miałem nosa. Opisana jako najlepsza droga w stopniu HVS 5a w tej okolicy. ‚RH Cave Innominate/Harding’s Finish’. Na początku filarek gładki, potem rysa fajna. Wychodzi się na półkę, nad którą okap z sięgnięciem do niewidocznych chwytów i filarem na pik. Tym razem już miałem ze 2 miejsca gdzie trzeba się było napiąć. No ale droga zasługuje na Top50.Zrobiła się trzecia, więc zacząłem myśleć o jakimś ładnym zakończeniu. Długo nie musiałem myśleć bo z Top50 w niższym stopniu to pozostały mi jeszcze Unconquerables – dwie drogi, łatwiejsza HVS 5a i trudniejsza E1 5b. Na początek wybieram łatwiejszą aby obejrzeć co zacz. ‚Right Unconquerable’ HVS 5a – biegnie płetwą uciekającą w prawo. Zatem chwyt dobry, ale stopnie gorsze, bo nawet ciężko nogę w rysę upychać, bo ucieka. Od razu zauważyłem różnicę z poprzednimi drogami – po prostu ta jest bardzej pionowa i ciągnie już pożądnie. Podszedłem do pierwszego kruksa, który polegał na wysokim sięgnięciu w podchwyty. Dało radę. Teraz byle szybko do jakiegoś resta. Jest. Można chwile odstać i osadzić co nieco. Idę dalej, a kaczka pali już niemiłosiernie. Ale mam taką trójkę wygodną, więc zmieniając w niej ręce wsadzam jeszcze frendzik i uderzam na pik. Niełatwo. Obłe rysy i brak dobrych chwytów, ale jakoś wylazłem. Tu niespodzianka, góra to całkowicie płaska płyta, nic się nie zgieło. Trzesie mnie już dobrze, a nawet na kolanach nie umiem się tam wczołgać. Zlazłem jakoś do resta i trzepię się. Taki uspokajanie samego siebie. Wybieram więc wariant w przewodniku opisany jako prostsze zakończenie, i nie próbuję wprost w górę, ale ide w prawo na filar. Dokładam jeszcze w dygocie jedną kostkę, tak na wszelki wypadek, ale tedy na szczęście jest prościej.Wyłażę na półkę zadowolony bardzo. Montuje stanowisko i zaczynam ściągać Sari, szybko dowiaduję się, że jak nie będę ‚z całej siły współpracował’ to nie wylezie tam. Tak więc, natężam się i ciągnę na bloku ile mogę. Udało się na szczęście.Tak mnie ta wspinaczka i asekuracja zdrenowały, że już nie mam ochoty na ‚Left…’, a że godzina się zrobiła 17 to pora się zwijać.Żegnamy się, i ja już sam ruszam z powrotem. Po drodze zjadłem jeszcze obiad i posilony mogłem kontynuować podróż. Znów po 3h dojeżdżam do Farnborough. Tutaj wciąż pada. Poplotkowałem sobie jeszcze chwilę z Anią przez telik i zasnąłem znużony chyba koło dziesiątej w nocy 😉 Tak to człowiek czasem się wyczerpie, że zasypia jak dziecko o takiej godzinie!
Stanage, 19.IV.2008

Dodaj komentarz