Dzień aerobowy

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bieg ‚Frimley Park 10k’, został przeniesiony na 20. kwietnia, z powodu słynnego kataklizmu pogodowego sprzed dwóch tygodni (słynna angielska śnieżyca).Tym oto sposobem, miałem drugą szansę. Tym razem prognozy nie zapowiadały żadnych ekstremalnych wydarzeń i nic nie stało na przeszkodzie bym w zbożnym celu udał się na owe wydarzenie.Posilony porannie podwojna porcja płatków i banankami udałem się do Frimley Hospital, gdzie bieg miał swój start. Przybłem troszkę za wcześnie, więc postanowiłem samochodem przejechać trasę biegu, aby rozpoznać charakter. Ależ się zaskoczyłem gdy charakter okazał się iście górski! Normalne strome podbiegi! Jakoś mnie odeszła ochota by jechać dalej, tak więc po paru kilometrach zawróciłem i udałem się na start. Uprzejmy pan mnie pokierował na parking gdzie dokonałem niezbędnego przeszpejenia. Tym razem pamiętałem o upchaniu sznurowadeł pod język… Po uiszczeniu opłaty startowej otrzymałem swój numer: 832. Do startu pozostało jakieś pół godziny, więc zarządzili rozgrzewkę. W profesjonalnym wykonaniu. Prowadziła ją pani od aerobiku podskakując w rytm muzyki. Zabawnie wyglądało jak cały parking podskakuje. Prawie tysiąc zawodników było, to miał kto podskakiwać.Wciśli nas w taką alejkę startową. Buuuuuu. Zatrąbiła trąba i powoli peleton zaczął start przebiegać. Muzyczkę puścili zabawną, bo kawałek z Rockiego, jak biegał… Ale pewnie na każdym biegu się to puszcza.Tym razem taktyka była dogłębnie przygotowana, zamierzałem przez pierwszych 5km utrzymywać tempo spokojne, a potem przyspieszyć. Tak więc nie wywoływałem żadnej presji. Ludzie zaczęli mnie wyprzedzać, ale trzymałem nerwy na wodzy. Oddech spokojny. Minałem pierwszy kilometr, tempo 6min. Trochę za wolno pomyślałem. Drugi miałem już 5’45”. Lepiej, lepiej, tak trzymać. Przy trzecim kilometrze, zacząłem wyprzedzać tych co przegieli pałę na starcie… Znam to uczucie, ale tym razem, mnie ono nie dotyczyło. Od 3km zaczęły się stromsze podbiegi, pomimo to starałem się utrzymać stałe tempo. Kosztowało mnie to troszkę, ale przecież kiedyś musi zacząć się w dół 😉 Bieg już się rozciągnął, a ja powoli zaczynałem myśleć o ataku. Minąłem 5km, łyknąłem wody z kubeczka, resztę wylałem na głowę. I zabrałem się do roboty. Niestety wciąż podbiegi, więc tempo nie urosło znacznie, ale walczyłem dzielnie. Posuwałem się do przodu, nie zmniejszając tempa. Sporo udało się zawodników powyprzedzać. Gdzieś od 7mego kilometra (tempo biegu około 5’20”) poczułem, że czas nieco uspokoić. Przestałem się ścigać i uczepiłem się jednego gościa co biegł mniej więcej tak jak chciałem. Zrobiła się taka biegacka robota, bez szczególnych wrażeń. Trzeba tylko co jakiś czas było się uśmiechać (nie bez wysiłku) do babć, co na krzesełkach przed domkami swymi kibicowały.Dotarłem na ogonie tego gościa do 9km. I ścignął mnie jakiś tubiaż. Widać zaczął finisz. Łamałem się, ale nie wiedziałem czy już, czy jeszcze. Poczekałem jeszcze 100m i używszy słowiańskiego określenia motywującego na k… dałem ogień. Do mety miałem jakieś 3 minuty. Wydaje mi się, że na tubie zdołałem pociągnąć koło 90 sekund, potem organizm nieco odmówił chęci do finiszu, ale i tak ze 6 osób jescze pyknąłem. Jeszcze chwilka i samotnie minąłem linię mety.Zegarek wskazał 53’22”. Bardzo zadowalający wynik jak dla mnie 😉 Nie wiem, które to miejsce, bo wyników jeszcze nie ogłosili, ale połowa stawki, tak na oko. Za metą wręczenie jeszcze pamiątkowego medalu i koszulki i butelki wody. Pokrążyłem jeszcze by dojśc do siebie dookoła parkingu i uznałem bieg za skończony.
Tym razem zaopatrzony byłem w full profeska sprzęt w postaci gps-ika, więc mogę pochwalić się dokładnym przebiegiem, który można obejrzeć tutaj: http://trail.motionbased.com/trail/activity/5456388
Oficjalne wynikiKu swojemu zaskoczeniu okazało się, że zająłem 173 miejsce, a czas wyniósł rzeczywiście 53’22”.
Frimley, 21.IV.2008

Dodaj komentarz