Dwa weekendy w Tatrach.

 

Za nami wspaniała jesień, a zima zbliża się nieubłaganie. Jednak zanim na dobre utkniemy w zalodzonych ścianach czy stokach przykrytych grubą warstwą śnieżnego puchu, proponujemy jeszcze raz wrócić do niedawnych ciepłych i słonecznych dni, by przejść dwie znane tatrzańskie granie.

Na pierwszy ogień idzie technicznie łatwa, ale za to długa i widokowa  Droga Martina. Próbę jej pokonania odkładaliśmy od dłuższego czasu, ale stabilna pogoda i niezła forma zmobilizowała nas do podjęcia wyzwania. Do zespołu dołączył Mirek i Sławek (jeszcze nie zrzeszeni;) ) i 17go września około 2:00 wyjechaliśmy z Mikołowa. Droga minęła wyjątkowo szybko. Zostawiliśmy samochód na Parkingu w Tatrzańskiej Polance i ruszyliśmy w górę. Z początku korzystaliśmy z czołówek, ale z każdym krokiem robiło się coraz jaśniej. Minęliśmy Śląski Dom i po 7:00 stanęliśmy na Polskim Grzebieniu. Nad głowami wisiały chmury, ale pogoda wydawała się stabilna. Zrobiliśmy krótka przerwę na śniadanie i o 7:40 ruszyliśmy w stronę Wielickiego Szczytu. Pomimo, że nie zabraliśmy ze sobą opisu bez trudu znajdowaliśmy drogę i pokonywaliśmy kolejne metry. Niestety, żeby nie było za łatwo nasza „stabilna pogoda” zmieniła się w śnieg z deszczem, który na szczęście skończył się tak samo szybko jak się zaczął. Na Zadnim Gerlachu zrobiliśmy sobie krótką przerwę i pamiątkowe zdjęcia, po czym zaatakowaliśmy ostatni fragment grani. Pomimo, że ten odcinek „na oko” nie wydawał się trudniejszy od reszty grani postanowiliśmy się związać. Na koniec odczekaliśmy kilka minut w niewielkim korku i w końcu, około 12:40 zameldowaliśmy się na Gerlachu. Łapczywie zjedliśmy drugie śniadanie, znów zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i zaczęliśmy schodzić. Tej części wycieczek nie lubi nikt z nas, więc robiliśmy wszystko, aby jak najszybciej znaleźć się na dole. W końcu osiągnęliśmy dno Doliny Batyżowieckiej i kilka minut później byliśmy już na szlaku. Przed 17:00 byliśmy już przy samochodzie. W górach spędziliśmy 11,5 godziny, a podczas podróży do domu snuliśmy plany na następny wypad…

…na który na szczęście nie musieliśmy zbyt długo czekać. 2go października znowu odwiedziliśmy Tatry Słowackie (tym razem tylko w trójkę ze Sławkiem). Cel dużo bardziej ambitny, więc postanowiliśmy zaoszczędzić sporo sił i skorzystać z infrastruktury. Wydaliśmy  po 14,5 euro i w kilka minut dostaliśmy się na Łomnicką Przełęcz, skąd w 30 minut weszliśmy na Łomnicę. Było ciepło i słonecznie. Szybko przygotowaliśmy sprzęt i przed 11:00 ruszyliśmy na Grań Wideł. Z początku wszyscy czuliśmy się dość niepewnie, ale z każdym krokiem poruszaliśmy się coraz sprawniej. Najtrudniejsze były zejścia, które zajmowały sporo czasu. W końcu stanęliśmy na Przełęczy w Widłach, skontrolowaliśmy czas i ruszyliśmy dalej. Na Wielkim Szczycie Wideł zjedliśmy szybkie śniadanie, po którym ruszyliśmy dalej. Reszta wspinaczki przebiegła sprawnie. Nawet dwa zjazdy pokonaliśmy dość szybko. Na Kieżmarskim Szczycie stanęliśmy około 16:30. Na szczęście znaliśmy drogę zejściową, więc mogliśmy szybko tracić wysokość łudząc się, ze może uda się zjechać jakimś wagonikiem z obsługą. Niestety na złudzeniach się skończyło i szlak do Tatrzańskiej Łomnicy musieliśmy pokonać na własnych nogach. Kwadrans przed 20:00 byliśmy w samochodzie.

Teraz nie pozostaje nic innego jak czekać na długa i udaną zimę.

Dodaj komentarz