Dryblasy

Dryblasy jakieś porobiły drogi w Smoleniu. Taki mi się nasuwa komentarz.Gdzie się nie przystawiłem, to nie sięgałem do chwytów! Tak na prawdę to chodzi tu tylko o dwie drogi. Ale powiedzmy, że stanowiły one 66% moich przejść w sobotnie popołudnie, więc chyba uzasadnionym jest stwierdzić, że większość dróg jest dla dryblasów!Ale od początku… Bo była przecież jedna droga gdzie do chwytów sięgnąłem. I był to lewy filar zegarowej o trudności VI. Co go zrobiłem oesem. Niestety nazwy nie pamiętam, pomimo że Kustosz rejonu wymienił jakąś. Potem ową drogę wędkowała Ania, Dilara Bikecz, i jeszcze pozostali… Kto nie wiem, bo wtedy z Juniorem mierzyliśmy się z inną linią. Po prawej stronie Zegarowej, na tej części niższej. Była to droga VI.3+/4, nazwy ponownie nie pamiętam.Po palach powiesiłem na niej ekspresy i później kminiłem ruchy. Tu już dryblasy mogą robić, bo sięgają. Ja kombinowałem seriami wystrzałów. Podczas jednego z nich, ujrzałem w oddali czarne chmury. Zadrżałem, bo czas teraz pełen kataklizmów i nie chciałem podczas birmańskiej ulewy wisieć gdzieś w ścianie. To interes my zlikwidowali.I przenieśliśmy się do jaskini Jasnej. Gdzie rozpoczęto przygotowania do szczepanowych urodzin.Jednak Kamil zaczął Szczepana dręczyć o patenty na jakiejś linii w głębi jaskini. To i ja się przystawiłem. I znów nie sięgałem do chwytów. Ba nawet zapalić nie mogłem, bo z pół metra mi brakowało do pierwszego zaczepnika. A potem było już tylko gorzej 😉 Straszna droga – wywalona maksymalnie i chwyciki tycie. Przeniesienie buldera w naturę!Skruszony dopałowałem jakoś do ringa zjazdowego i z niemałym wysiłkiem zlikwidowałem przeloty.Tyle było ze spinu, niewiele, ale zawsze bardzo miło.
Smoleń, 17.V.2008

Dodaj komentarz