DM

Death Magnetic

 

Jest to zdecydowany offtopic.

Wrażenia:

Po przesłuchaniu premierowego wykonania Cyanide z Ozzfestu stwierdziłem, że to już koniec. Potem ukazał się singiel – TDTNC, który dobił gwoździa do trumny, którą umieścili sobie na okładce. Ale… wczoraj przesłuchałem całość i do dziś nie wierzę. Na promocję, na pierwszy ogień, na pierwsze przyciągnięcie do głośników management kapeli wybrał dwa najgorsze, najbardziej tandetne i wiejskie kawałki jakie mógł. Gorzej się nie dało bo są one dnem dna. Absolutną czernią, ale jak inną od tej z okładki Black Album. Czernią, w której słychać echa St.Anger, Load i S&M. Tak nawiasem każdy z nas sobie może taką S&M samodzielnie zmajstrować. Wystarczy z jednego magnetu puścić, dajmy na to, Mastera, a z drugiego soundtrack do Braveheart. Siąść pośrodku tego chaosu i mamy gotowe.

Wracając, cała reszta, pozostałe osiem piosenek to diament, z czerni w blask. Odżyło wszystko co miało. Hetfield po latach romansu z country nabrał  z powrotem dynamiki i charyzmy. Hammetta dopuścili do melodii i je gra, każdy kto posiada elementarną wiedzę na temat muzyki wie, że nowy basista jest najlepszym muzykiem w zespole (sytuacja wróciła do czasów Burtona), a Lars? – gra cienko jak zawsze ale na tyle, że całość wychodzi poprawnie w doskonałym brzmieniu bębnów.

Ta płyta powinna ukazać się w miejsce Load. W szeregu oczywiście nie można jej ustawić na równi z MoP, ale półkę niżej jak najbardziej.

Merytorycznie:

Przede wszystkim wrócili do naturalnego strojenia gitar czyli E oraz do charakterystycznych dla nich przejść, (na których oparte jest pierwszych pięć albumów), a mianowicie E-B-E. W standardowej dla tonacji E pentatonice jest to dysonans, ale okazało się, że fajnie wpadający w ucho. Od czasu do czasu są też wynalezione przez nich wejścia E-Fis. Powrócił szybki picking i typowy rytmiczny muting. Koszmarne wysokie wokale i harmonie jak z wesel zaniknęły w większości, pojawiają się niestety głównie w dwóch wymienionych już kawałkach. Sola jak i utwór instrumentalny to jakby bardziej przesterowany Satriani. Podejrzewam, że Hammett dużo czasu spędził u swojego byłego mistrza, a obecnie kolegi na lekcjach poglądowych na temat podstaw gry na gitarze. Wstęp do UIII mógłby równie dobrze nagrać Rubik (a nawet ten od kostki), więc nie wiem jak to przeszło do nagrania. Pogłosem St. Anger jest częsty chaos kompozycyjny, do którego powoli się przyzwyczajam. W sumie pierwsza płyta – objawienie – Acid Drinkers to też 1000 riffów na minutę. Jakoś się to układa i powoli zazębia w kolejnych przesłuchaniach. I jest to chyba plus, bo nie ma nic gorszego niż riff, który w trzecim słuchaniu nudzi i piosenka zapowiedziana przez Magdę pożal się Boże Mołek na pożal się znów Boże Sopocie – zwrotka, refren, zwrotka refren, solo, refren koniec.

Brzmienie – najlepsze od ’91, a wcześniej lepiej też nie było. Moc. Choć wypowiadam się po słuchaniu mp3-192 na średnich słuchawkach. Myślę, że audio z konkretnych głośników wkręci w ziemię.

Muzycy:

Dobre riffy Hetfielda i wreszcie naprawdę ciekawy wokal.

Hammett – jasny punkt płyty, choć on sam jako gitarzysta to raczej III liga.

Basista – w stosunku do reszty to inna półka.

Lars – jak już wspomniałem – rzemieślnik be polotu, choć na te potrzeby starcza.

Płyta:

I podobnie jak w piłce nie mistrzowie dryblingu wygrywają spotkanie ale zgrany i doświadczony zespół. I tak jest w tym przypadku. Płyta jest dobra, choć momentami nierówna, no i posiada dwie poważne wpadki w postaci tych dwóch nieszczęsnych kawałków. Tematyka tekstów ciekawa – od dzisiejszych problemów społecznych, przez indywidualne tragedie, aż po tekst zdecydowanie PRZECIW aborcji.

Pytania bez odpowiedzi:

1. Co by było gdyby nie Rick Rubin (nowy producent)?

2. A jakby tak w miejsce Larsa dać jakiegoś dobrego bębniarza (np. Vinnie Paul, Nick Menza czy choćby Gavin Harrison)?

3. A jakby tak w miejsce Hammetta dać dobrego gitarzystę (np. nieżyjącego już Dimebaga)?

Oj.

Dodaj komentarz