Diabelski Filar, czyli wakacje w Słowenii

Wakacyjne słońce jak zawsze zmobilizowało nas do zaplanowania jakiegoś wyjazdu. Kilka multimedialnych podróży, szybkie kalkulacje i tak powoli, z dnia na dzień, wszystko się wykrystalizowało: jedziemy do Słowenii!

 

 

 

W drodze pod Mangart, od lewej: Marta, Sławek, Kasia, Oliwia, Szymon.

Od razu rzuciliśmy się w wir przygotowań. Wypożyczenie busa, zakupy, przygotowanie sprzętu, studiowanie map i przewodników, pakowanie… i wreszcie wieczorem, 6go sierpnia, ruszyliśmy w drogę. Jakoś dotelepaliśmy się do autostrady A1 i dalej szybko łykaliśmy kilometry. Wschód słońca przywitał nas na pierwszych serpentynach prowadzących na przełęcz Vršič. Do Trenty (malutkiej miejscowości  w Dolinie Soča) dojechaliśmy przed 6:00. Zameldowaliśmy się, znaleźliśmy jakieś wolne miejsce na polu namiotowym i rozstawiliśmy nasze trzy apartamenty. Po leniwym śniadaniu wybraliśmy się na pierwsza wycieczkę.

 

 

 

Warto wspomnieć, że korzystaliśmy z przewodnika Jacka Płonczyńskiego i zgodnie z propozycją autora na pierwszy ogień poszła Mala Mojstrovka. Podejście okazało się niezbyt męczące, ale sama ferrata mimo stosunkowo niedużego przewyższenia (300 m) pozwoliła porządnie się rozgrzać. Mimo niewielkiej wysokości, ze szczytu roztacza się wspaniały widok. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dół. Zejście było bardzo uciążliwe, więc z radością wróciliśmy na zatłoczona przełęcz Viršič. Wśród tłumu turystów, kolarzy, motocyklistów, stada owiec i niezliczonych samochodów odnaleźliśmy naszego Transita i wróciliśmy na pole namiotowe. Tam czekał na nas zasłużony odpoczynek i kąpiel w wyjątkowo zimnej rzece Soča.

Już drugiego dnia zmieniliśmy nasze pierwotne plany i od razu rzuciliśmy się na głęboką wodę. Tym razem celem był Mangart, gdzie już sam dojazd był nie lada wyczynem. Zanim dojechaliśmy na parking, na przełęczy Mangartske sedlo, musieliśmy pokonać krętą, bardzo eksponowaną i urozmaiconą wąskimi tunelami drogę (przejazd 5 euro) o nachyleniu 20%. Niestety ze względu na obryw zaparkowaliśmy na niższym parkingu i kolejne 150 m przewyższenia pokonaliśmy pieszo. Na przełęczy przeszliśmy na stronę włoską (a jak.. wczasy we Włoszech zaliczone) i zeszliśmy jakieś 200 m do schronu Bivacco Nogara. Dla odmiany zaprzyjaźniliśmy się z włoskimi owcami i leniwie ruszyliśmy do góry. Szybko znaleźliśmy się u podstawy imponującej, północnej ściany Rateškego Malego Mangartu gdzie rozpoczyna się ferrata Via Italiana. Na początku, niezbyt stromo, podchodziliśmy przez niewielki skalny tunel. Z każdym krokiem teren stawał się coraz bardziej eksponowany, spora część przebiegała pionowymi, a nawet przewieszonymi partiami ściany. Po osiągnięciu grani, wróciliśmy na stronę słoweńską i przetrawersowaliśmy po piargach do początku kolejnej „stalowej drogi” –  Slovenska pot. Pokonane metry dawały się już we znaki, więc radość z osiągniecia wierzchołka była podwójna. Pod krzyżem zrobiliśmy kilka pamiątkowych fotografii i popędziliśmy w dół.

Kolejny dzień był okazją do zregenerowania nóg. Odwiedziliśmy pobliski sektor wspinaczkowy oferujący kilkanaście dróg o zróżnicowanym poziomie trudności i długości wahającej się od kilkunastu do kilkudziesięciu metrów. Lekko rozwspinani, z optymizmem myśleliśmy o kolejnych dniach działalności. Popołudnie spędziliśmy na wielkich przygotowaniach. Na następny dzień zaplanowaliśmy wejście na Triglav, więc szybko wskoczyliśmy w śpiwory.

 

Już pierwsze krople uderzające o tropik namiotów i towarzyszące im błyski skłoniły nas do wyłączenia budzików. Gdy rano wypełzliśmy na zewnątrz przywitał nas ponury, chłodny dzień. Snujące się mgły nie zachęcały do wędrówki, ale mimo to postanowiliśmy ruszyć w góry. Po raz kolejny wjechaliśmy na przełęcz Viršič, skąd wąską, leśną ścieżką doszliśmy do początku ferraty Kopiščarjeva pot. To kolejna z „bardzo trudnych” ferrat w tym rejonie. Prowadzi miejscami dość eksponowanym terenem, przebiega przez ogromne okno skalne w ścianie Prisojnika i pokonuje około 700 m przewyższenia. Sama wspinaczka była już dość męcząca, a na koniec czekała nas jeszcze wędrówka bardzo długą granią. Widoki co chwila zakrywały przelewające się przez masyw chmury gnane chłodnym wiatrem. Na szczycie zrobiliśmy tylko obowiązkowe zdjęcie i pognaliśmy w dół w poszukiwaniu jakiegoś osłoniętego miejsca. Ostatecznie na odpoczynek przyszedł czas dopiero po zejściu na parking.

Niedziela przywitała nas cudowna pogodą. Po spokojnym śniadaniu podjechaliśmy do wioski Soča gdzie znajdował się najbliższy kościół. Pomimo, że język słoweński jest w piśmie zbliżony do polskiego, na Mszy byliśmy lekko zagubieni. Drugą część dnia poświeciliśmy na spacer w stronę Doliny Trebiški. Wędrówka przypominała podejście na Górę Zborów. Po pokonaniu jakiś 1000 m przewyższenia zarządziliśmy odwrót i wróciliśmy na kempa.

Kolejny raz obudziło nas monotonne pikanie zegarków. Pogoda jak na złość zapowiadała się idealnie. Nie pozostało nam nic innego jak ruszyć na wielką przygodę. Tym razem dziewczyny poszły na wymagającą wycieczkę przez Bovški Gamosovec i przełęcz Luknija, a my podjechaliśmy do Koča na Gozdu, skąd rozpoczęliśmy podejście pod naszą drogę. Dość szybko pokonaliśmy 200-300 m przewyższenia i dotarliśmy do miejsca gdzie ferrata schodzi do Hudičev žlebu, którego dno wypełnia wielki płat stałego śniegu. W tym miejscu skończyła się sielanka. Z wielkim trudem przedzieraliśmy się szczeliną między śniegiem, a ścianą żlebu. Gdy w końcu stanęliśmy pod drogą stwierdziliśmy, że najgorsze mamy już za sobą i ochoczo zaczęliśmy się wspinać. Pierwsze wyciągi, bardzo sprawnie, poprowadził Szymon. Metry uciekały, ale trudności w niektórych miejscach były dość zaskakujące. Do tego wszechobecna kruszyzna skutecznie urozmaicała wspinaczkę. Po jakiś 250 m (6 wyciągów) ja ruszyłem jako pierwszy. Slalom wśród leżących głazów, zaledwie dwa kiepskie przeloty i całe 60 m liny skutecznie podcięło mi skrzydła. Zdołałem jeszcze poprowadzić jeden wyciąg, ale gdy dalszą drogę zasłoniła mi przewieszka, po dwóch próbach zakończonych wycofami, oddałem palmę pierwszeństwa Sławkowi. Po chwili walki pokonał przewieszkę (wycenioną na 3+), a kilka minut później wszyscy byliśmy już na 9tym stanowisku (na szczycie turni w 2/3 ściany). Szybko przeszliśmy jedyny płaski fragment drogi i znów znaleźliśmy się pod pionowymi partiami. Sławek dzielnie przeprowadził kolejne trzy wyciągi (wszystkie trzymające w napięciu). Słońce było już niebezpiecznie blisko linii horyzontu gdy znaleźliśmy się w wielkim kominie. Dalej jako pierwszy ruszył Szymon. Po minięciu przynajmniej kilku zaklinowanych bloków (na schemacie były tylko dwa), wreszcie założył stanowisko. Nad głową miał kolejny głaz, który na szczęście okazał się tym zaznaczonym na schemacie. Teraz do pokonania mieliśmy już tylko nieco ponad 100 m. Kolejna zmiana prowadzącego. Kluczowy wyciąg za 5+ poprowadził Sławek, na szczęście puścił w miarę sprawnie. Nie tracąc czasu zaatakowaliśmy ostatnie metry drogi. Razem z Szymonem oglądaliśmy jak słońce chowa się za horyzontem gdy przez radio padła komenda: lotna! Szybko zdemontowaliśmy stan, skróciliśmy jedną żyłę i wystartowaliśmy. Teren nie był trudny, ale zmęczenie robiło swoje. Na dokładkę nagle usłyszeliśmy trzask. W ułamku sekundy zorientowaliśmy się, że to lina podcięła jakiś blok. Automatycznie przylgnęliśmy do ściany. Poczuliśmy jak od kasków i plecaków odbijają się kamienie. Na szczęście obryw nie spowodował żadnych obrażeń. Po kilku minutach wspinania weszliśmy na szczyt turni. W chwili gdy wycieńczeni zaczynaliśmy klarować sprzęt zrobiło się zupełnie ciemno. Szybko okazało się, że to nie koniec przygód. Droga w dół prowadziła ferratą Hanzova pot i zajęła nam 4 godziny. Schodziliśmy z dwiema czołówkami, bo trzecia okazała się niesprawna. Pod koniec musieliśmy jeszcze raz zmierzyć się z zalegającym śniegiem. Zgodnie z informacją z przewodnika: „przydatne raki i czekan” mieliśmy stara kotwę znalezioną po drodze, patyk i kamień. Szum wodospadu, którego próg był pod nami skutecznie działał na wyobraźnię. Na szczęście śnieg z wierzchu był trochę miększy i mogliśmy kopać niewielkie stopnie. Gdy znów dotknęliśmy skały emocje szybko opadły i na resztkach adrenaliny pognaliśmy w dół. Do samochodu wsiedliśmy około 1:00 w nocy po 18 godzinach akcji (w tym 12 godzinach wspinania).

Jak łatwo przewidzieć kolejny dzień poświeciliśmy na błogi wypoczynek, który niestety, ze względu na regularną zlewę, przeciągnął się jeszcze na środę. Mieliśmy trochę czasu na zwiedzenie Kranjskiej Gory

Podwójnie doładowani, ochoczo (jak na 4 rano) wyskoczyliśmy ze śpiworów. Tym razem czekała nas dużo dłuższa jazda, bo aż do Mojstrany i dalej na parking pod Aljažev dom. Stąd ruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu Słowenii. Pierwszym etapem wędrówki była bardzo stroma leśna ścieżka i stosunkowo łatwa ferrata Tominška, która wyprowadziła nas do polodowcowego kotła. Po kilkunastu minutach łatwej wędrówki doszliśmy do Triglavski Dom. Po dłuższej przerwie ruszyliśmy dalej. Niestety kopuła szczytowa znajdowała się w chmurach, więc nie mogliśmy cieszyć się widokami. Dość szybko, pomimo ogromnej liczby turystów, weszliśmy na Mały Triglav, a potem na główny wierzchołek. Po krótkiej sesji z mgłą w tle powędrowaliśmy w dół. Dopiero po przejściu wspomnianego wyżej kotła odbiliśmy ze znanej już drogi na Pot čez Prag – najstarszy znakowany szlak Alp Julijskich. Na koniec czekał nas jeszcze spacer doliną Vrata i powrót krętymi drogami do naszej wyjazdowej bazy.

Na zakończenie pobytu wybraliśmy długą i żmudną wędrówkę. Z parkingu w pobliżu Ruzki križ powędrowaliśmy doliną do Kočav Krnici, a dalej niekończącym się podejściem na Lipnice i granią na Špik. Zejście, z wesołego „narciarstwa” po piargu, szybko przerodziło się w kolejny marsz bez końca.

Następnego ranka sprawnie zwinęliśmy bazę i z poczuciem świetnie wykorzystanego czasu ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.

Dla zainteresowanych fotorelacja tutaj, a już wkrótce premiera filmów 🙂

Dodaj komentarz