Devon i Kornwalia

Sportowo-tradycyjny weekend na poludniowym-zachodzie Wyspy w wykonaniu Sari, Docenta i Steca. Gosciem i gospodarzem wyjazdu zostaje Wojtek z Truro (z polska – Knurow).

Pewnie zjawiska sa nieublagane i pozostaja poza naszym zasiegiem. Chocby taki uplyw czasu, pomimo istnienia teoretycznych mozliwosci manipulacji tym zjawiskiem, nie mamy na niego zbyt wielkiego wplywu. Ale czy para czlonkow KW Gliwice przejmuje sie tym, bedac na obczyznie? Bynajmniej nie, ba korzysta nawet z niego z iscie hedonistyczna lapczywoscia. Tak to bowiem dzieki nieublaganemu uplywowi czasu, nadszedl kolejny weekend na Wyspie. Dodam, ze kolejny weeknd z obiecujacymi prognozami.

Kartkujac wirtualne stronice przewodnikow wspinaczkowych po Zjednoczonym Krolestwie, upewniamy sie, ze wybrany kierunek: polodniowy-zachod, to wybor wlasciwy. Devon, Kornwalia – te miejsca kusza na rowni z mozliwoscia spotkania Wojtka, ktory osiedliwszy sie w Truro, na samym koncu Kornwalii, postanowil sluzyc nam jako przewodnik i gospodarz, podczas naszej dwudniowej wyprawy.

Nim jednak dane nam bylo spotkac go na ziemiach odleglego hrabstwa Devon, odprawilismy krotka czarna msze, w archaicznej swiatyni Stonehenge. Mielismy zamiar w ofierze zarznac i zjesc Sari – nasza finska towarzyszke podrozy, ale odziani w kominiarki straznicy i panujacy przygruntowy przymrozek skutecznie skrocily czas podziwiania owej konstrukcji do niezbednego minimum i odwiedly nas od tego planu. Wykonalismy zatem kilka symbolicznych fotografii kamiennych blokow w poswiecie wschodzacego slonca i ruszylismy w dalsza podroz. Podroz ku brytyjskiej riwierze.

Kolo godziny dziewiatej, w sobotni poranek, doszlo do spotkania na szczycie. Przenosnym szczycie, bowiem lokalizacja spotkania, czyli miasto Exeter, lezy raczej w dolinie. Ale spotkanie Wojtka – emigranta z Knurowa, bywalca politechnicznych kazamatow, pogromcy basenowej baldy na Jasnej, nalezy przeciez ochrzcic spotkaniem na szyczycie. Mieszkancy wyspy nazywaja fach Wojtka slowem: paramedic. Nie zdziwilo nas zatem, ze Wojtek na miejsce spotkania dotarl ambulansem. Podobniez nie na sygnale, ale szczerze powatpiewam, bo wlasnie mozliwosc jazdy z rykiem syreny najbardziej pasuje mu w jego fachu.

Tak oto nasz Vauxhall wzbogacil sie o czwartego pasazera, ktory w nasze laski wkupil sie wyciagajac GPS, ktory kobiecym glosem poprowadzil Docenta za raczke do celu. A sobotnim celem byl rejon Anstey’s Cove. To jeden z niewielu sportowych rejonow w Wielkiej Brytanii, a szczegolnej slawy dodaje mu fakt, ze wlasnie tutaj znajduje sie jedna z najtrudniejszych sportowych drog Anglii czyli ‚Brian’ 8c. Caly rejon nie jest wielki bo znajduje sie w nim okolo 60 drog. Ale W zasadzie trudnosci zaczynaja sie od 7a (procz kilku slownie drog prostsztych). Przewieszony, wielokolorowy wapien – tak wlasnie prezentuje sie Antstey’s Cove.

Pomimo niewielkich trudnosci z dojsciem szybko stajemy pod skala i dzielimy sie na dwa zespoly – Docent z Wojtkiem i ja oraz Sari. My zaczynamy lekko od ‚End of an Era’ 6a – najprostszej i jedynej drogi w tym stopniu. Nie poraza swym pieknem. Tuz obok niej biegnie droga ‚Time bandits’ 6c+, z trikerskim kruksem, ktora pokonuje RP, po tym jak finalnie wymyslam sekwencje z mocnym krzyzem. Niedaleko nas, na wlasciwej przewieszonej czesci sciany zaczyna Wojtek z Docentem. Wojtek prowadzi ‚Might and Main’ 6c (wedlug drugiego przewodnika 7a) – piekny przewieszony filar, dosc uklamiony ale dwa kruksy nie byly wcale latwe. Tomek fleszuje go zaraz po Wojtku. Po tej rzec by mozna rozgrzewce, kazdy szuka sobie jakiegos celu. Najambitniej atakuje Wojtek – trzygwiazdkowe ‚Just Revenge’ 7c+. Piekna przewieszona plyta. Niestety jeden z kruksowych ruchow zrzuca go z proby on-sightu. W tym czasie Sari probuje poprowadzic owa 6a, ale dlugi dosc ruch i niski wzrost skutecznie ja zatrzymuja. I ja postanawiam poprowadzic ow atrakcyjny filar, ale niestety udaje sie dopiero w drugiej probie, po tym jak wykonuje paniczny strzal z plaskiej polki, miast skorzystac, z klamki, ktora ukrwa sie przed moim nosem. Uroki flaszowania przez zyczliwych kolegow 😛 Docent bierze sie za ‚How the mighty fall’ 7a+ i mozolnie pnie sie do gory, skrzetnie odpoczywajac w przelotach. Pozniej droge probuje Wojtek, ale spada na ostatnim ruchu. Podognie sprawa ma sie ze mna. Druga probe podejmuje rowniez Docent, ale niestety takze nieudana. Ja juz nie probuje, bo cos brak mi spreza. Tylko Wojtek moze odnotowac owe 7a+ w kapowniku, bo prowadzi je w stylu RP. Sari raz jeszcze atakuje swoje 6a, ale i tym razem bez powodzenia. Powoli zamierzamy konczyc, wiec kazdy wybiera sobie jeszcze jedna droge. I dzieki temu Docent prowadzi Cocytus More Steam Coonection 7a OS. A ja na wedke probuje przejsc Wojtkowy ekstrem 8c+. W jaki sposob pokonal on kruksa to nie wiem, ale mnie udaje sie to dzieki podciagniecu na linie, bez wiekszych trudnosci 😉

Zmierzcha prawie gdy docieramy do auta. Przed nami jeszcze spory kawalek, bo do Truro, gdzie mieszka Wojtek ze swoja malzonka Iza, jest jakies 1,5h jazdy. Po drodze jeszcze zatrzymujemy sie w Supermerkato by uzupelnic browarowe zapasy i docieramy wreszcie do naszych gospodarzy.

Powitani przez Ize przepyszym posilkiem rozsiadamy sie na kanapie tudziez po katach goscinnego pokoju i zaczynamy wspominac stare dzieje eksperymentujac z gatunkami piw i wodek. Jako ze duch w narodzie silny i parcie na wspin niemale, to o polnocy konczymy i migusiem lezymy w spiworkach, by nabrac sil przed niedziela. Niedziala w stylu Trad.

Zaczynamy wczesnie, bo Wojtek budzi nas po tym jak odwiozl Ize do pracy. Tak, ze juz po osmej wsiadamy do jego wiekowego, ale pelnego werwy Rovera i ruszamy ku przygodzie na Kornwaliskich klifach. Po drodze przejezdzamy promenada turystycznego miasteczka Penzenace, gdzie zwykli podczas wakacji przebywac letnicy. Teraz raczej wyglada na kurort po sezonie. Zaczynaja sie waskie kornwalijskie drozyny. Mniej wiecej na 1,5 samochodu, a po lewej i prawej wysokie sciany kamiennych murkow porosnietych misternie przycietymi krzakami. Jazda niczym w labiryncie, szczegolnie, ze Wojtek jedzie jakby wiozl pacjenta swoim ambulansem. Niestety nasz oes konczy sie gdy doganiamy piekna maszyne rolnicza, zajmujaca calutka droge i podazajaca dokladnie tam gdzie my. Mielismy troche czasu by podziwiac rozliczne rurki i lancuchy na jej korpusie.

Docieramy jednak do celu – to Carn Barra. Polozony dosc na odludziu klif, widokowo przepiekny! Okolica wrecz bajkowa. Pogoda i humory dopisuja wiec czym predzej zjezdzamy do podstawy klifu, na wygadna polke. Klif zbudowany jest z granitu, ale sporo w nim bialych kilkucentymetrowych prostokatnych krysztalow. Ciekawa skala, dobre tarcie, ostra i kaleczaca, niestety kruszaca sie nieco.

Zespol Docent-Wojtek zaczynaja od ‚Fine and Dandy’ HVS 5b. Doc pokonuje droge onsight. W tym czasie ja z Sari zaczynamy od latwej ‚Cumbelloe’ HS 4b. Sari informuje mnie, ku mojej uciesze, ze moge sobie prowadzic ile chce, a ona bedzie chodzic na drugiego.Skrzetnie skorzystam z owej propozycji. Pora na kolejna droge. Wojtek idzie na znana sobie ‚Sunny Corner Lane’ E3 5c, ktora Docent robi na drugiego. Ja prowadze ‚Socket Arete’ 4c, ktora pomimo niskiego stopnia okazuje sie byc dosc wymagajaca, ze wzgledu na trudnosc w asekuracji. W ten oto sposob jestesmy po rozgrzewce. Ja wybieram na nastepny cel ‚Amen Corner’ HVS 5a, pomimo ze nazwa nie wrozy nic dobrego 😉 Droga biegnie bardzo ladnym, dlugim zacieciem, a startuje nad studnia, w ktorej kotluje sie ocean. Dokladnie odwrotnie jak w przewodniku jest to opisane, trudnosci sa na dole, a nie u gory. Ale to pewnie wynika, z roznicy w formacjachm, ktore dla nich sa trudne 😉
W tym czasie Docent robi ‚Grand Plage’ E3 6a – wielki klasyk rejonu. Dzieki dobremu fleszowi Wojtka droga pada w pieknym stylu. Kapownik Docenta to istny zbior wypasionych przejsc, ktorych niejeden lokals z pewnoscia mu pozazdrosci!
Sari postanawia poprowadzic ‚Slant Crack’ VS 4c, ale niestety start ja odrzuca i po kilku probach zmieniamy role. Dzieki temu poprowadzilem bardzo przyzwoita droge, a Sari cieszy sie, ze nie wystartowala, bo jak sie okazalo nie byl to jeszcze kruks jak sie spodziewalismy.

Mamy w planach jeszcze jedno miejsce – Bosigran, wiec zwijamy manatki i ruszamy do auta. Jest to kolejny nadmorski rejonik, ale wyzszy, bo klif ma tam okolo 150m w najwyzszym spietrzeniu. To slynny rejon, blisko cywilizacji, wiec po raz pierwszy podczas tego wikendu spotykamy innych wspinaczy.
Jako, ze to juz popoludnie, mamy szanse zrobic po jednej drodze. Ja z Sari udajemy sie na trzygwiazdkowy klasyk ‚Anvil Chorus’, ktory zrobimy wariantem HVS 5a. W przewodniku droga ta ma 5 krotkich wyciagow. Ale w rzeczywistosci mozna ja zrobic na upartego na 2. My robimy na 3 aby uniknac problemow z komunikacja i przegiecia liny. Bardzo piekna linia, niezbyt trudna, idealna w asekuracji. A otoczenie niezwykle przypomina tatry, jesli idzie o gatunek granitu. Bowiem ocean nieco wiekszy od morskiego oka 😉
Rownolegle chlopaki atakuja ‚The Phantom’ E3 5c i to w trojkowym zespole, bo dolacza do nich spotkana tam kolezanka Wojtka – Sara. Niestety droga zmusza ich do wycofu. Pozna pora i niejasny przebieg, nie daje szans na skonczenie jej w sensownym czasie. Szarzeje juz gdy docieramy do auta.

Wracamy jeszcze do Truro by przepakowac sie do Vauxhalla, a na pozegnanie dostajemy po porcji ryzu, w celu odbudowania glikogenu w watrobie. przed nami jeszcze kawalek (spory) drogi wiec ruszamy czym predzej. Szczesliwie, o tak poznej porze, nawet tak popularna podczas weekendow droga jak A303 jest pusta wiec bez wiekszych problemow po polnocy docieramy do Farnborough.

I tak oto niecale 48h tego weekendu dalo nam tyle wspanialej zabawy, nie mowiac o mozliwosci poznania ciekawych miejsc i obejrzeniu przepysznych widokow! Ach byleby ta nieslynna angielska pogoda sie utrzymala…

Stecu

Dodaj komentarz