Daleki wschód

Bieszczady to może nie góry najwyższe, ale z pewnością zwyciężają w konkurencji najbardziej wysuniętych na wschód gór Polski.I tam właśnie, na najdalszy polski wschód pojechaliśmy z Anią na majówkę. Prócz tego były Bieszczady błotniste i deszczowe, ale czy to przeszkadza urodzonym surwiwalowcom?Przestraszeni nieco dantejskimi scenami z korków na majówkowych drogach rozpoczęliśmy podróż bladym świtem (czyli koło czwartej), zresztą bardzo roztropnie, bo udało się autobanę i obwodnice Krakowa płynnie przejechać. Tak, że szczęśliwie dotarliśmy do celu koło 10tej rano. Szukanie kwaterki nie zajęło dużo czasu, bo od razu uderzyliśmy w mniejsze wioseczki – Ustrzyki kipiały bowiem tłuszczą turystów.
Dwernik-KamieńZadomowieni, szybko postanowiliśmy wykorzystać dobrą pogodę i udaliśmy się na spacer po okolicy Nasicznego. Porwaliśmy się na górkię o nazwie ‚Dwernik-Kamień’. Podejście okazało się dość strome, ale widoczki na szczycie, czy raczej na szczytowej grani, były warte ostrego targania pod górkę. Aby urozmaicić sobie powrót postanowiliśmy, aby dołączyć do ścieżki rowerowej i nieco dookoła, z powrotem do kwaterki. Jak się okazało, wcale niekrótka to wycieczka była bo ze 15km! Wyposażeni w nowoczesne techniki możemy pochwalić się przebiegiem wycieczki:

View Larger Map
TarnicaPiątek powitał nas pełnym zamgleniem i wiszącą w powietrzu wilgocią. Nie wyglądało to dobrze. Siąpiło. Jednak, chodząca mi po głowie prognoza, nastrajała bardziej optymistycznie – miało się wypogodzić po południu. Uzbrojeni taką wizją postanowiliśmy zaatakować najwyższy szczyt polskich Bieszczad – Tarnicę. Furką jedziemy do Wołosatego i ruszamy. Niestety ciągle siąpi, a mgła nic a nic się nie chce podnieść. Tak więc półtorej godziny deptania do góry nie należy do najprzyjemniejszych. Do tego spora frekwencja, jak na te warunki to zaskakująco dużo ludzi ciśnie ku górze. Wszyscy brniemy po błotnistym szlaku ślizgając się regularnie. Na przełęczy pod Tarnicą spory tłok. Dochodzimy z Anią do wniosku, że nie ma co się pchać na wierzchołek, i postanawiamy wrócić okrężnym wariantem przez Halicz – to jeszcze ze 5h po górach. Tam przynajmniej nie ma takiego tłoku. Idzie się grzebietami gór, już bezleśnymi, niestety widoczność niezbyt duża więc podziwiamy krajobraz tylko w promieniu kilkudziesięciu metrów. Na szczęście przestało siąpić. Co rusz mijamy skaliste, piaskowcowe głazy na grzebiecie, a i łachy śniegu pojawiają się dość często. Wreszczcie naszym oczom ukazuje się szerszy krajobraz! Nawet na chwilkę pojawia się słońce! To owe popołudniowe rozpogodzenie – mamy naszą nagrodę! Znów piękne widoki! W zasadzie to przed nami jeszcze ze 2h marszu, tak że mieliśmy jeszcze spory kawałek wycieczki i czas na wygrzewanie się w promieniach słońca.

View Larger Map
Połonina WetlińskaPoranek sobotni był bezdeszczowy. Chmury niskie, ale nie padało. To uderzyliśmy na klasyka – granią Połoniny Wetlińskiej. Od Brzegów Górnych do Wetliny. I tym razem pogoda jednak nie wytrzymała i dołączyło siąpienie i błoto, i doszedł silny wiatr! Ale i tym razem mieliśmy chwilę widoków, gdy na paręnaście minut rozstąpiły się mgły. Niestety nie na długo. A zejście z Połoniny było już prawdziwą błotną i surwiwalową wyrypą. Szczęście, że w Wetlinie trafiliśmy na przepyszne jedzenie w nastrojowej szopie. Wewnątrz wielki ruszt i pani grylująca jagnięcinę… Mniam… Palce lizać!!!

View Larger Map
50kmPomimo przeciwności pogodowych udało się zrobić 3 piękne wycieczki (w sumie ze 50km po górach) i co nieco pooglądać… I nawet udało się w miarę sprawnie w niedzielę wrócić do domu – dzięki trikerskim skrótowcom, by uniknąć wszędobylskich korków. Surwiwalowcy wszystkich krajów łączcie się… I dziękujemy literkom N (jak Nokia) i T (jak TomTom), dzięki którym po wyjeździe pozostała garść obszernych statystyk i wykresów 😉
Bieszczady, 1-4.V.2008

Dodaj komentarz