Catch me if you can… czyli 1xBabia

Gdy w sobotę zadzwonił budzik w pierwszej chwili chciałem pędzić do pracy. Na szczęście starannie spakowany plecak i przygotowane buty przypomniały mi, że dziś czas na „odpoczynek” na łonie natury. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia jak blisko natury będę już za kilka godzin. Droga do Zawoi minęła szybko. Klimatyzacja dawała złudzenie, że na zewnątrz wcale nie jest tak ciepło. Nadzieję na przyjemną temperaturę straciłem gdy wysiedliśmy z samochodu. Było przed 9:00, a parking pod Mosornym Groniem już był rozgrzany jak patelnia. Godzina minęła bardzo szybko. Rejestracja w biurze zawodów, odebranie pakietu startowego, przygotowanie do biegu, odprawa techniczna. Kasia jeszcze raz życzyła mi powodzenia i trzeba było ustawić się na starcie. Bieg rozpoczął się o godzinie 10:00.
Obraz
Postanowiłem nie zwracać na nikogo uwagi i od samego początku biec własnym tempem. Bez przerwy w głowie dzieliłem trasę na krótkie odcinki i szacowałem czas ich pokonania. Pogrążony w takich analizach nawet nie zauważyłem, że już dobiegłem do zielonego szlaku. Odstąpiłem od założeń i przyczepiłem się do grupki zawodników. Razem dobiegliśmy do Perci Akademickiej. Tu z początku zostałem z tyłu, ale ostatecznie udało mi się dogonić chwilowych towarzyszy. Niezły czas i stosunkowo dobre samopoczucie dodały mi trochę sił, więc ochoczo ruszyłem w dół. Kilka kroków żółtym szlakiem, a potem skok w jagody. Dalsza trasa biegła wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Mimo stromizny i miejscami śliskiego podłoża szybko traciłem wysokość. W duchu cieszyłem się, że jest tak sucho. Jednak gdy teren zaczął się wypłaszczać zobaczyłem przed sobą małe bagienko. Spora ilość śladów uśpiła moją czujność i zamiast obiec je lasem już po pierwszym kroku byłem do pół łydki w błocie. Gdy pokonałem przeszkodę, zrezygnowany zerknąłem na swoje buty. Stwierdziłem, że i tak nic z tym nie zrobię i popędziłem do bliskiego już punktu żywieniowego. Poprawiłem sobie nastrój kawałkiem pomarańczy i uzupełniłem zapasy wody.

Po chwili zbiegu trasa odbiła w prawo. Rozpoczęło się bardzo długie podejście na Jedlo. W głowie znów zacząłem kalkulować. Ile już przebiegłem, w jakim czasie i co jeszcze przede mną. Perspektywa finiszu była wciąż bardzo odległa, ale skoro i tak musiałem jakoś wrócić do samochodu nie pozostało nic innego jak napierać dalej. Bardzo strome, wytyczone z dala od wszelkich ścieżek, pokonywane w pełnym słońcu podejście skutecznie wyssało ze mnie resztkę sił. Zrobiłem sobie chwilę przerwy i powlokłem się w dół. Później, już szlakiem, znów w górę. Gdy dotarłem do wieży obserwacyjnej czułem, że nie jest najlepiej. Żar lał się z nieba, mięśnie nóg już ledwo pracowały, a na dokładkę pojawił się lekki ból w kolanie. W marszu uzupełniłem cukry i płyny. Psycha trochę się poprawiła i znów zacząłem liczyć czas i kilometry. W chwili gdy dotarłem do potoku byłem już gotowy na dalszą walkę. Z początku omijałem wodę, ale już po kilkudziesięciu metrach przestałem szukać obejść i ruszyłem nurtem rzeczki. Zimna woda pozwoliła schłodzić organizm i co dla mnie najważniejsze bolące kolano. Na koniec tego odcinka organizatorzy dołożyli jeszcze kilka metrów w pionie, zakończonych wspinaczką po niewielkiej skałce. Po chwili wybiegłem z lasu prosto na drugi punkt żywieniowy. Uzupełniłem zapasy, przekąsiłem coś dobrego i powoli, ale równo ruszyłem dalej. Od tego miejsca szedłem razem z Mirkiem. Co jakiś czas zmienialiśmy się na prowadzeniu, wzajemnie się motywując. Dzięki takiej współpracy jakoś pokonaliśmy ostatni, niecywilizowany fragment i dotarliśmy do czerwonego szlaku. Od tego momentu było już dużo łatwiej. Mimo zmęczenia po około 6 godzinach od startu byliśmy na Małej Babiej Górze. Wycieńczony usiadłem wśród kosówek, wciągnąłem mus owocowy dla niemowląt i przez chwilę cieszyłem się widokami.
Obraz
Dalsza trasa prowadziła wzdłuż granicy. Szlak niezbyt stromo opadał w dół, a miękkie podłoże przyjemnie łagodziło wstrząsy. Długi, szybki krok pozwolił na stosunkowo sprawne pokonanie kolejnych kilometrów nie przeciążając kolana. Zbiegając do Zawoi, w oddali, zauważyłem stok na Mosornym Groniu. Do celu mieliśmy jeszcze trochę ponad 10 km. Na trzecim punkcie żywieniowym znów rzuciłem się na pomarańcze. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i nie tracąc czasu pomaszerowaliśmy dalej. Po kilkuset metrach odbiliśmy na żółty szlak, który niestety znów piął się w górę. Po raz kolejny wpadłem w trans. Krok za krokiem, zakręt za zakrętem. Z każdą chwilą byliśmy coraz bliżej. Wreszcie wśród drzew mignął zarys schroniska i kolorowe koszulki turystów. Przyspieszyłem kroku doganiając Mirka. Zamieniłem kilka słów z ekipą na punkcie kontrolnym i ruszyliśmy na dół. Kilometry szybko uciekały, a ostatnie metry postanowiłem pokonać truchtem. Ze zdziwieniem zauważyłem, że nogi jeszcze jakoś się ruszają. Trochę dynamiki odebrała mi tylko pętla honorowa. Nie było to okrążenie po płycie stadionu w świetle fleszy, a bezsensowna pętelka po stoku narciarskim. Nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać. Na szczęście nim rozwiązałem ten życiowy dylemat byłem już na mecie. Zegar pipnął głośno co ostatecznie potwierdziło koniec męczarni. Trzeba było jeszcze porządnie się schylić i dać sobie ubrać medal przez małą dziewczynkę. Na mecie czekała Kasia, która wspierała mnie podczas całego biegu, a teraz słuchała moich chaotycznych wspomnień. Byłem bardzo szczęśliwy. Po raz pierwszy udało mi się pokonać tak długi bieg bez większej kontuzji i osiągnąć czas dużo lepszy od oczekiwanych 10 godzin (na mecie byłem po 8:48:46). Emocje powoli opadały, a ja rozkoszowałem się słodką chwilą nic nie robienia.

Przebrałem się, zjadłem posiłek regeneracyjny i wsiedliśmy w samochód. To był koniec przygody. Na szczęście zakwasy pozwoliły pamiętać o niej dużo dłużej.

Dodaj komentarz