California über alles

Insolacja kluczem do szczęścia ludzkości — to moja pierwsza impresja po powrocie z Doliny przez duże D. Stały dopływ lumenów do mózgu powodował, że przez cały pobyt pozostawałam w stanieKąpiele słoneczne na East Buttress El Capa fot. nieznana nam bliżej Finka lekko euforycznym — nie chciało mi się za bardzo spać ani jeść — za to codziennie chciało się wspinać, a po obudzeniu nic nie bolało. Wskutek tego, na 10 dni pobytu w Dolinie mieliśmy z Piterem tylko jeden rest, czyli 9 dni wspinaczkowych. Nie przekłada się to wprawdzie na liczbę urobionych dróg, ale na ilość wrażeń jak najbardziej.

 

Na początek zapoznaliśmy się z jednym ze słabszych punktów rejonu — Rangerami prowadzącymi Camp 4. Pani Ranger wykrzyczała do karnie ustawionej kolejki, że dziś zameldować się mogą 22 osoby a ci z dalszych miejsc niech od razu idą sobie gdzie indziej. Ponieważ nie koczowaliśmy pod budką strażników od północy, tylko przyjechaliśmy tam jak biały człowiek, o 8.30 – byliśmy na miejscach od 25 wzwyż. Pojechaliśmy więc na kemping dla zwykłych ludzi, gdzie toalety są sprzątane a w promieniu 10 m od naszego namiotu nie było 5 innych namiotów. Ale też nie mieliśmy szansy zażyć atmosfery najsłynniejszego obozowiska wspinaczkowego świata.

Dzień 1. fot. Andrzej MarciszWspinanie zaczęliśmy – lekko oszołomieni przeskokiem dziewięciu stref czasowych — jak Pan Bóg przykazał, od skałek Church Bowl. Pierwsze zetknięcie ze słynnym yosemickim granitem było dość przyjemne – urobiliśmy parę 5.8, jedno 5.10 i nawet przystawiliśmy się z powodzeniem na wędkę do 5.11b 🙂 Może dlatego, że na tamtejszych drogach rysy nie były zbyt szerokie, zaczęło nam się wydawać, że potrafimy się tutaj wspinać. Przy kolacji ustaliliśmy więc, że nie ma co czekać, aż nam się forma zdegeneruje, trzeba zaczynać wysoko — idziemy w trójkę na Rostrum. Regular North Face na tej skale to jeden z niewielu ultra klasyków Doliny, z którym Jaca miał niezałatwione porachunki — próbował go z Grześkiem Skorkiem podczas swojego pierwszego wyjazdu tutaj, ale wyciąg 7. stanowiący o trudności drogi musieli przehaczyć. Ta ostatnia informacja nie zastanowiła nas w ogóle — proces apercepcji najwyraźniej zaburzony był euforią 🙂 Druga część naszej ekipy, czyli Andrzej wraz z Ryśkiem, który dojechał z Saint Louis wybierali się na Free Blast. Pod Rostrum Jaca wręczył mi eleganckie czeskie rękawiczki i zaczęła się zabawa. Pierwszy wyciąg puścił, choć trochę czasu zajęło mi przeciskanie się przez komin – weszłam w squeeze z głową przekręconą w stronę dna komina i nie dało się jej już potem obrócić w stronę światła. Drugi wyciąg Piter przegrzał elegancko, asekurując się nawet co jakiś czas. Trzeci wyciąg był modelową hand Piter w ponurych rysach Rostrum fot. Jaca Zaczkowskirysą. Naparłam, zgodnie z radą Mistrza oszczędzając friendy, bo wyciąg długi – 50 metrów. Po 20 jednak, zupełnie wypompowana skręciłam na porednie stanowisko, które tam szczęśliwie było. Doszedł Piter, dychnął chwilę i naparł dalej. Po przewinięciu przez okapik następował fragment opisany w topo jako „killer hands”. Nie widziałam go już, ale lina przesuwała się wolno, a z góry dobiegało sapanie. Nie dobiegało natomiast klikanie zatrzaskujących się karabinków, bo Piter jak to Piter, mając do wyboru wykonać jeszcze kilka ruchów albo zaasekurować się, wybiera zawsze to pierwsze. Gdy był już dobre kilka metrów nad tkwiącym pod okapikiem alienem, Jaca nie wytrzymał i krzyknął „załóż coś albo złaź” — w obliczu takiego wyboru Piter jednak coś włożył, za chwilę wpiął się do spita szczęśliwie tkwiącego w połowie rysy, po czym po założeniu jeszcze jednego przelotu, zdrenowany całkowicie, odpadł z wdziękiem. Po czym, z powodu niezdolności nas obojga do dalszej wspinaczki, Jaca dokończył wyciąg i po pooglądaniu sobie kluczowego wyciagu 4. (nie stanowiącego jednak o trudnościach drogi) opuściliśmy pole walki. To był bardzo pouczający dzień :-).

 

W płytach East Buttress El Capa fot. Jaca ZaczkowskiPo tym spektakularnym początku obniżyliśmy nieco poprzeczkę i postanowiliśmy zaliczać łatwiejsze klasyki. Najpierw East Buttress na El Capie w 2 zespoły: Jaca–ja, Rysiek–Piter — 13 wyciągów, widok na całą North America Wall, słońce, dużo leżakowania na stanowiskach z powodu korków powyżej, mało rys, pohukiwania Ryśka „załóż coś” (nie miał biedny świadomości, że uczyliśmy Pitera budowy stanowiska gdy on pobiegł do samochodu po zapomniany sprzęt) — słowem piękny dzień w pięknym miejscu w dobrym towarzystwie. Potem Serenity Crack i jej kontynuacja Sons of Yesterday – Andrzej z Ryśkiem wybrali się pierwsi, my z Piterem dwie godziny po nich. 

Gdzieś w środku East Buttress fot. Magda Fiszer

Oni skończyli obie drogi, my musieliśmy zjeżdżać sprzed ostatniego wyciągu Sons z powodu szybko zapadających ciemności. Tu już było więcej walki, przynajmniej w moim wykonaniu – droga padła w stylu Flash zespołowy, czyli Piter urobił tam, gdzie nie dałam rady. No i cudowne kalifornijskie słońce dało się nam nieźle we znaki — przygrzewało prawie kask do głowy. Tu składam serdeczne podziękowania Jacy, który zaprowadził nas pod drogę, wmałpował pierwszy wyciąg po pozostawionej w tym celu przez chłopaków linie i wykonał profi dokumentację fotograficzną Serenity Crack 1. wyciąg fot. Jaca Zaczkowskiprzejścia tego wyciągu w moim wykonaniu (mam z niego 40 zdjęć, już po przesortowaniu 🙂 w międzyczasie lekko zaniepokojonym głosem udzielając wskazówek odnośnie używania pierwszy raz trzymanych przeze mnie w ręce alienów hybryd – „Żółto-czerwonego włóż. Czerwonym do góry!”. Po czym zjechał i zatroskany o stan globalnej gospodarki poszedł sprawdzać, czy kongres przyjął plan Paulsona. A gdy zapadał zmrok przyszedł pod drogę sprawdzić, dlaczego jeszcze nie wróciliśmy — co było bardzo miłe. Szczególnie że nie mieliśmy czołówek.

 

 

Uff — to na razie tyle. W następnym odcinku będzie trochę o offwidthach, socjalu i rozrywkach wieczornych (wino, śpiew, kąpiele nago w rzece…)

 

Osoby dramatu:

Rysiek Benduski, Andrzej Marcisz, Piter Trojan, Jaca Zaczkowski oraz niżej podpisana

 

Magda Fiszer

Dodaj komentarz