Boże Ciało w Austrii

Myłam zęby koło Oli T.

na kempie w piekielnej dolinie Hoellental. Michał zwany też Grzybem powiedział potem, że Ola powiedziała mu „cześć” jako pierwsza. Pozazdrościć!

Na kempie były tez inne gwiazdy polskiego wspinu, ale ponieważ akurat przechodziły mutację, która w połączeniu z nadmiernym kurwowaniem brzmiała po prostu żałośnie, nie będę wymieniać ich z nazwiska (chociaż w sumie… http://www.wspinanie.pl/serwis/200906/18czarnecki_adlitzgraben.php).

Na kempie w piekielnej dolinie właściwie nigdy nie przestaje wiać, padać, grzmocić, huraganić, świszczeć, jednym słowem grozić. Pogoda jest raczej niepewna. (Ale na szczęście rejon Adlitzgraben – 15 kilosów od kempu – oferuje wspinanie nawet przy złej pogodzie, bo nad każdą drogą na samej górze wywala się okap.) Dlatego też z planowanych dróg wielowyciągowych w Hoellental zrobiliśmy aż jedną piątkową OSem w pięknym stylu – wiadomo. Jakoś nas odstraszało, gdy codziennie widzieliśmy sterty suszących się lin, skarpetek, majtek i butów biednych wielowyciągowców, których po prostu złapała zlewa. A zlewa na 8 dni naszego pobytu nie wystąpiła dwa razy.

Jadąc tam, trzeba nastawić się na to, że akurat spotka się znajomych ze ściany, bulderu, byłej ściany, byłego burdelu. Spotkaliśmy Grzyba z Kasią i Kochcia z Darem. Kochciu był bohaterem wyjazdu, bo po całowieczornej imprezie przy winie chciał zrobić Egzis… Eksiz… (cała masa bełkotu pijackiego), a po prostu ładną ósemkę Existenzialminimum 🙂 Udało się w końcu? 
Na tym darmowym kempie z domkiem, w którym można skorzystać z ubikacji i umywalki (papier toaletowy incl.) jest dużo rodaków-wspinaków. Właściwie w Boże Ciało żaden Czech, Słowak, Austriak ani Węgier nie mógł już się rozbić na polu, a lubią tam jeździć na weekendy. Tylu nas było! Była nawet ekipa z Bygdoszczy!

Wracamy do wspinaczki. Ponieważ nie mogę za wiele powiedzieć o Hoellental, powiem trochę o Adlitz, bo IMHO należy zachęcać wspinaczy do odwiedzenia tego miejsca ze względu na bliskość (nieco ponad 500 km) i ładne położenie – Alpy 1200 m n.p.m. Dróg jest cała masa, są długie i często wymagające, bo siłowe, a my nie znamy, bo nie mamy. Wspinanie podobno jest łestowe. Takie właśnie jest. Mariusz przez cały wyjazd napalał się na sektor Strassenwand. Bo wywalony, bo klamy, bo zajebisty! Prezentuję zdjęcie z absolutnego klasyka, tzw. King Konga, na którym przed wpiną do zjazdowca robi się resta, wisząc jak nietoperz głową w dół. Piękny jest sektor Lari Fari, gdzie można spotkać 2-wyciągowe siódemki, na których, żeby zrobić je w ciągu, trzeba omijać wpinki (o zgrozo!), bo kluczą nieco. Widzieliśmy starych wyjadaczy rejonowych na tych drogach – szacun. Na rozgrzewkę Austriacy zafundowali nam sektor Spielplatz (plac zabaw) z klasykiem siódemkowym z trawersem na samej górze (Reise durch…), potem warto wstąpić na Baucherl, gdzie zaczyna się robić siłowo, ale jeszcze w miarę łatwo. Potem jest coraz trudniej, a są tam też sektory, w których takie leszcze jak ja się nie pokazują, bo drogi zaczynają się od 9-tek.

Oprócz wspinania mamy jeszcze dni restowe, a te oferują: Wiedeń – 80 km, piękne Gratz – 100 km – info u ekipy Grzyba, via ferraty w Hoellental, spacery szlakami lub byczenie się na polu nad rzeczką, w której w tygodniu, gdy pole nie jest zawalone, można spotkać niewiasty i mężczyzn w stroju Adama i Ewy. Skorzystaliśmy z opcji kąpieli na golasa w lodowatej rzece i było to dość niesamowite doświadczenie.

Na pewno tam wrócimy. Chciałabym obskoczyć wspomniane Lari Fari, a może i posiłować się z siódemkami na Strassenwand – trzeba będzie nieco przyładować.

Wiedersehen!

Dodaj komentarz